Work hard! Be happy! Enjoy your life in Wayward Pines!

Chyba odrobinę przesadziłam z moją nieobecnością tutaj. Postanowiłam, że napiszę; wykorzystam wolną chwilę; zwłaszcza, że ostatnio to rzadkość; dodatkowo nie czuję się dziś najlepiej, obym tylko nie rozchorowała się na sam weekend. 

Starczy tego marudzenia! Dzisiaj będzie o serialu. I to nie byle jakim! 
Naprawdę ciężko mi znaleźć coś, w co się wkręcę i będę chciała regularnie oglądać. Zazwyczaj po kilku odcinkach się nudzę lub zapominam, że się za jakiś zabrałam. Wreszcie znalazłam serial, który mnie zainteresował. Każdy odcinek powodował, że wiedziałam mniej zamiast więcej. Niczego nie dało się przewidzieć, każdy odcinek wprowadza zamęt i wywraca wszystko, czego już udało nam się domyślić. Jedynym minusem było kilka „krwawych” odcinków – ja naprawdę nie mogę patrzeć na coś takiego  ;-) Chociaż skoro mimo wszystko go polecam, to chyba to coś znaczy, prawda? 

Pierwszy odcinek zazwyczaj ma nas wprowadzić w świat serialu… Zdecydowanie tak nie jest… Tylko nam się wydaje, że wiemy, o co chodzi. Tak naprawdę jesteśmy bardzo daleko od prawdy i jeszcze sporo zajmie nam dotarcie do niej. 

Jesteście fanami seriali detektywistycznych? Polecam zagubić się w świecie „Miasteczka Wayward Pines”.
Powstał w oparciu o trylogię Blake’a Crouch’a; nie wiem, na ile jest podobny, bo nie czytałam tych książek, ale podobno były jeszcze lepsze!

Wayward Pines

Coś dla odmiany…

Ostatnio w mojej kosmetyczce pojawiło się całkiem sporo nowych rzeczy. Postanowiłam je Wam pokazać i powiedzieć, co mniej więcej o nich myślę – na razie mam tylko takie pierwsze wrażenie, bo z każdego korzystałam zaledwie kilka razy  ;-)  O ile dobrze pamiętam, to wcześniej na blogu pojawił się aż jeden podobny wpis. Przyznam, że jest to całkiem miła odmiana… 

Cienie do powiekMoże zacznę od cieni, których jest najwięcej. Mam dwa kolory z serii „Baby doll” i dwa z serii „Kaszmir NEO”. Jeśli chodzi o te pierwsze to kolory naprawdę mi się podobają, tylko niestety dość szybko znikają. Ciężko było mi ich użyć zwykłym pędzlem, musiałam użyć pacynki, która „zjada” sporo produktu. Zostaje taka lekka świecąca poświata; jak już się je „wyczuje” można wyczarować coś fajnego. 
Kolory „Kaszmir NEO” są bardziej wyraziste, trwalsze i MATOWE, a ja ostatnio zakochałam się w matach… Też nakładałam je pacynką, przy użyciu zwykłego pędzla nasycenie koloru było dużo mniejsze. Oba spisały się dobrze, kolory mnie nie rozczarowały; na powiece wyglądają jak w opakowaniu. Jestem zwolenniczką stonowanych kolorów, ale zdecydowanie ta piękna matowa „664″ skradła moje serce – pewnie rzadko będę jej używać, ale za to z jaką przyjemnością. Z drugim matem trzeba być ostrożnym, bo „654″ jest cukierkowo-barbinkowy; łatwo przesadzić i zmienić się w chodzącą landrynę  ;-)

Kwartet od Virtual spokojnie mógłby być duetem… Trochę się go bałam, bo to raczej nie moje kolory, ale wyszło zaskakująco dobrze. Przy czym tak jak powiedziałam – dla mnie wystarczyłby duet tych pośrednich kolorów. Zarówno najjaśniejszy, jak i najciemniejszy trochę mi znikły i okazały się niepotrzebne.

Oczywiście to są tylko moje subiektywne opinie, nie jestem jakimś maestro, jeśli chodzi o kosmetyki; wciąż eksperymentuję i wciąż się uczę, a przecież chodzi o to, by się tymi kolorami bawić i ciągle testować nowe połączenia!  :-D

Na koniec mam do Was pytanie (jak dawno tego nie było…), czy macie może jakieś sekretne triki związane z używaniem eyeliner’a? Nieważne czy rysuję kreskę tym na zdjęciu, czy takim w pędzelku; jako człowiek bardzo niecierpliwy za każdym razem dostaję szału!

Jak zaczął się Wasz tydzień?
~ Leseratte

„I don’t care if I sing off key I find myself in my melodies”

Już jakieś dwa tygodnie temu odrobinę powiększył się mój zbiór płyt CD. Właściwie to wczoraj kupiłam jeszcze jedną, ale po kolei, wszystko w swoim czasie  ;-) 
Znów będę się powtarzać… Po raz kolejny będę się rozpływała nad tym, jak to uwielbiam mocne głosy, które mogłyby rozbijać ściany! Ostatnio pisałam o „The truth about love”; dzisiaj przyszedł czas na odrobinę nowszą płytę „This is acting”. Szybko stała się moją ulubioną. To czego lubię słuchać, zawsze zależy od mojego humoru; ostatnio mam nastrój właśnie na takie energiczne piosenki. Kupując miałam wątpliwości, co wybrać. Jak na mnie to dziwne; zwykle podchodzę do regału i od razu wiem, czego chcę. Mimo konieczności zastanawiania, moja intuicja mnie nie zawiodła  :-)

Jeśli chodzi o graficzną stronę albumu… Litery chyba nie były do końca przemyślane i odrobinę się zlewają; ale stwierdziłam, że pokażę to, co najlepsze, czyli samą płytę:

SIA "This is acting"

Samo patrzenie na tę tęczę pozytywnie mnie nastraja i powoduje, że mam energię do działania  :-D


„I don’t care if I sing off key
I find myself in my melodies”

Początek kolekcji?

Żaliłam się kiedyś, że gubię wszystkie zakładki. Dlatego nauczyłam się ignorować w księgarniach nawet te najładniejsze; oczywiście cieszę się, gdy jakaś wpadnie w moje ręce, ale… Niektórzy po prostu nie nadają się do zbierania takich rzeczy. Nawet jeśli złożę byle jaką kartkę na pół i zaznaczę nią stronę w książce, to potem tak ją schowam, że już jej nie znajdę. 
Chyba coś się zaczyna zmieniać w tym temacie  :-P Mam już aż trzy! Z których jestem dumna, że jeszcze je mam. Swoją drogą ciekawe jak długo… Miejmy nadzieję, że jak najdłużej – wtedy zacznę zbierać. Teraz w zależności od humoru mogę sobie czytać z różnymi zwierzakami:

Zakładki

Niemal idealna para

Moje zakończenie roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami. Aż mi się wierzyć nie chce, że za chwilę skończę szkołę średnią. Powoli rysują mi się jakieś plany na przyszłość. Tak jak przewidywałam – kiedy przyjdzie czas ostatecznej decyzji, będę wiedzieć. 

Już jakiś czas temu obiecałam pokazać jedne z moich ulubionych szpilek i kompletnie wypadło mi to z głowy. Miałam je pokazać tydzień temu przy okazji podsumowania lutego, ale zapomniałam, więc pokażę je dzisiaj  ;-)

DSC01923Klasyczne, czarne, wysokie. Na zdjęciu nie widać tego dokładnie, ale mają taką koronkę, co dla mnie wygląda obłędnie!  
Wydawałoby się, że znaleźć takie buty to żaden problem, tymczasem ja nieźle się ich naszukałam. Zawsze coś było nie tak: brak rozmiaru, nie podobały mi się, nie do końca to, co bym chciała i masa innych powodów. W ogóle kupowanie butów to dla mnie długi i wymagający proces. Dla kontrastu – kiedy kupuję książkę, wystarczy jeden rzut okiem i już wiem, którą chcę, bo na 100% jest dobra (bardzo rzadko się mylę  ;-) ). Może dlatego potem przeżywam każdą „idealną” parę?

Miłego weekendu!  :-D
~Leseratte