Nie warto odkładać na potem

Od dłuższego czasu odwlekałam napisanie kilku „pseudorecenzji” (co to za recenzja skoro większość książek mi się podoba?  ;-) ) i chyba przesadziłam z odkładaniem tego na później. Nie martwiłam się rosnącą liczbą książek o statusie „przeczytane, ale jeszcze nie na blogu”, bo miałam specjalny zeszyt, w którym były bezpiecznie zanotowane wszystkie moje przemyślenia (pisane „na świeżo”), cytaty, które zwróciły moją uwagę, ogólna ocena każdej książki (zawsze mówiłam, że nie będę tego robić, ale jednak się postarałam i zaczęłam je porównywać między sobą) oraz miałam tam zapisaną ilość stron każdej przeczytanej, ewentualnie tyle ile dałam radę, kiedy któryś tytuł mi szedł.
Ktoś tu twierdzi, że na papierze bezpieczniej niż na dysku? Nic bardziej mylnego… Gdzieś ten magiczny zeszycik posiałam. W jednej chwili go miałam, a w drugiej już nie. Niemożliwe, żebym zostawiła go gdzieś poza domem, bo jestem pewna, że to w domu miałam go po raz ostatni. Przeszukałam wszystkie miejsca, w które zazwyczaj go chowam i…powiem Wam, że tym razem postarałam się bardziej niż zwykle z jego ułożeniem. Nie mam pojęcia, gdzie może być. „Chcesz coś zrobić dobrze? Zrób to sam!”. Obawiam się, że mogę go już nie znaleźć… Jeszcze się nie zniechęcam i ciągle szukam, ale z marnym skutkiem.

Też zdarza Wam się coś tak schować? Bo ja należę do osób, którym zdarza się to dość często… Tyle, że zazwyczaj znajduję po 2 minutach od zrobienia paniki…

Jeden dzień w Wenecji

Jakie są Wasze myśli, kiedy słyszycie „Wenecja”? Mnie od razu przychodzi na myśl jedno z najbardziej romantycznych miejsc pod Słońcem, miasto pełne kanałów wodnych, po których pływają gondole, rozlega się muzyka, a nad miastem unosi się księżyc w pełni. Nie można też zapomnieć o ludziach biegających w charakterystycznych, karnawałowych maskach. Niby wiem, że rzeczywistość bywa różna od naszych wyobrażeń, ale jednak miałam taką cichą nadzieję na dnie serduszka zobaczyć właśnie taki obrazek. Mimo tych wszystkich komentarzy, że woda strasznie cuchnie itd. Przed jakimkolwiek wyjazdem staram się nie słuchać takich uwag, bo nie lubię się uprzedzać do żadnego miejsca i sama się przekonać  ;-)

DSCF1774To co zobaczyłam trochę mnie rozczarowało. Nie mogę powiedzieć, że miasto jest brzydkie (jest piękne i zdecydowanie ma swój urok), ono po prostu nie dorównało tej wizji, którą miałam w głowie. Prawdopodobnie wynika to z wczesnej pory wybranej na nasze zwiedzanie. Nie każde budzące się do życia miasto jest warte uwagi. Przepraszam, ale gdzie urok Wenecji, jeśli Słońce tyle co wzeszło (Księżyca brak), gondolierzy jeszcze nie pracują (gondoli i zakochanych par brak), a miejsce gondoli zajmują śmieciarki  :-| Powiem Wam, że to pierwsze wrażenie odrobinę przyćmiło mi wszystko to, co zobaczyłam później… Rozumiem, że w późniejszych godzinach tłumy turystów powodują, że nie widzisz prawie nic, ale mimo wszystko…jeden wieczór w Wenecji? Proszę! Bardzo bym chciała. Chciałabym się przekonać, czy wtedy byłoby jak na filmach. Jeśli będę mogła chętnie wrócę… Śpieszmy się kochać Wenecję, bo nie wykluczone, że za jakiś dłuższy czas zniknie pod wodą. A propos wody. Prześmiewcy mówią, że każda ulica w Wenecji „śmierdzi inaczej”. Jak dla mnie jest to powiedziane bardzo na wyrost. Wiecie  jak pachnie Wenecja? Jak woda, po prostu. To nie jest żaden smród, to po prostu woda, która czasem pachnie bardziej neutralnie, czasem bardziej intensywnie, ale to ciągle ten zapach. Taki jak nad rzeką, nad jeziorem itd. 

DSCF1751Samo miasto odrobinę mnie zawiodło, ale plac świętego Marka i bazylika świętego Marka, mnie oczarowały. Nadal brakuje mi słów, żeby to opisać. Są takie miejsca, gdzie człowiek zwyczajnie czuje się mały. Mały, bo widzi ogrom murów dookoła. Mały, bo wie, że nigdy nie usłyszy o wszystkim, co te mury widziały.

DSCF1793Zdjęcia z placu są pełne czyichś głów, bo robiłam je z poziomu placu i nie koniecznie chcę je Wam pokazywać  ;-) Akurat kiedy tutaj dotarliśmy tłumy turystów zaczęły napływać; także ciężko było zrobić zdjęcie bez części ciała obcych ludzi. Każdy kto lubi robić zdjęcia, wie jaka to zmora… Znalazłam jedynie takie:

DSCF1787Byliśmy też na szczycie „campanile”, czyli dzwonnicy, którą widzicie na zdjęciu powyżej:

DSCF1800Włoskie Słoneczko dało mi się we znaki. Opalenizna jest, owszem, ale z jakichś powodów tylko na ramionach i nosie! Nie wiem, jak to możliwe. Zwłaszcza, że to ramiona miałam zakryte, wchodząc do różnych kościołów…
Trochę jestem zła, a trochę się cieszę, będąc w domu, mogę siedzieć na Słońcu cały dzień, a efekty są bardzo słabe. Już od kilku lat nie mogę się ładnie opalić, a zazwyczaj spędzałam na leżaku większość wakacji…

Czy naprawdę było aż tak źle?

Opowiadałam Wam już kiedyś o mojej podstawówce, przyszedł czas na gimnazjum. Uważam, że budynek i jego nazwa nie wpływają na zachowanie przebywających w nim osób, ale nie chcę wnikać w całą tę wojnę, która się teraz toczy. 
Te 3 lata sporo mi dały, zdecydowanie wpłynęły na to, kim jestem dzisiaj. Przede wszystkim rozwijałam dalej swoje pasję – jeśli chodzi o grę na gitarze, to jestem samoukiem, a moją pierwszą gitarę dostałam jeszcze w podstawówce, ale w gimnazjum przez prawie dwa lata chodziłam na zajęcia, podczas których pani od muzyki dawała mi rady i materiały do ćwiczeń.
Gdybym miała podsumować ten czas jednym słowem, byłaby to „zmiana”. Zmiana otoczenia dodała mi odrobinę pewności siebie, miałam za sobą nowe doświadczenie i poznałam wielu nowych ludzi, co było dla mnie bardzo ważne. Zazwyczaj stawia się gimnazja w nie najlepszym świetle. Może trafiłam na jakiś wyjątkowy czas? Albo na wyjątkową grupę? Byliśmy bardzo różni, mieliśmy rozmaite zainteresowania, obracaliśmy się w zupełnie innym towarzystwie, a mimo to każdy z każdym potrafił zamienić słowo, każdy był równy, wymienialiśmy się nie tylko dobrym słowem, ale też spostrzeżeniami. W tym czasie „wyleczyłam się” z wielu kompleksów, bo byłam akceptowana taka, jaka byłam. Dopiero po tych trzech latach coś się zaczęło psuć i ten czas był gorszy, trochę kontaktów się posypało, ale to była kwestia ostatnich dwóch miesięcy… 
Zaczęłam zwracać uwagę na to, jaką osoba jestem. Zobaczyłam, że na tym polu mam trochę do zrobienia. Czy jestem lepszą osobą niż wtedy? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Wydaje mi się, że tak. 
Poza tym to był czas tych pierwszych zauroczeń i tej pierwszej miłości trwalszej niż kilka tygodni. Tej, która trwa do dzisiaj.
I wiecie co? Tę szkołę też skończyłam z wyróżnieniem. A mój najsłabszy wynik z egzaminów to i tak było ponad 70% (z przyrody  :-D), więc chyba jednak nie było aż takiej różnicy, jaką zapowiadali mi życzliwi prorocy, twierdzący, że sobie nie poradzę…

Maj w skrócie

Wreszcie znów tutaj jestem. Wróciłam tydzień temu, zaczęłam przyzwyczajać się do rzeczywistości, a teraz w planach pojawił mi się kolejny wyjazd i (oczywiście) myślę o tym, żeby rzucić się w wir „dorosłego” życia. 18 lat skończyłam już dość dawno, ale tak naprawdę dopiero teraz, po skończeniu szkoły średniej, trzeba będzie wziąć się w garść  :-D Póki co jestem na takim etapie, że jest to dla mnie wzywanie, którego już się nie mogę doczekać… Swoją drogą, ciekawe jak długo utrzymam taki stan rzeczy. Póki co przede mną jeszcze egzaminy zawodowe – musicie trzymać kciuki, bo przede mną egzamin z tej trudniejszej kwalifikacji.

W maju na blogu pojawiło się 7 postów, pod którymi pojawiło się ponad 100 nowych komentarzy, a liczba odwiedzin bloga wzrosła o 500  :-P
Mam za sobą matury. Ustne zdałam bez większych problemów, mam przeczucie, że pisemne też poszły całkiem dobrze – ale więcej na ten temat jeszcze się pojawi; miało być o tym przed moim wyjazdem, mam tutaj jeszcze trochę zaległości.

Strasznie się stęskniłam!