Komedia na miły wieczór

Byliście w kinie na filmie „Wszystko albo nic”? Ja byłam i właściwie mi się podobał. Chociaż nie polecam ludziom wyczulonym na żarty ze stereotypów, bo jest ich tam całe mnóstwo; chwilami balansują na granicy dobrego smaku i zaczyna się robić żenująco. Niektórych kompletnie nie bawił ten humor i wychodzili… no właśnie – zażenowani, ale zdecydowana większość bawiła się naprawdę dobrze, bo śmiech niósł się po całej sali kinowej i tworzyło to taką miłą atmosferę  ;-)
Minusem całej produkcji jest polski dubbing. Już chyba wolałabym czytać napisy polskie, zamiast słuchania tego pięknego -mimo wszystko- sztucznego dźwięku… To jest tylko moja opinia – nie lubię filmów dubbingowanych, chociaż i tak najgorszym złem jest dla mnie lektor. Lubię filmy z napisami – nawet, kiedy napisy nie są zrobione porządnie, to jestem w stanie zrozumieć o co chodzi. Dubbing zupełnie odbiera mi tą możliwość, a myślę, że z językiem czeskim wcale nie poszłoby aż tak źle. 
Nie jest to film zbyt ambitny. Dialogi były na takim…powiedziałabym średnim poziomie. Sporo im brakowało i tutaj znów muszę dodać – może to być wina polskiej wersji językowej, niestety… 
To może teraz powiem, dlaczego mi się podobał?  :-D Zdecydowanym plusem jest obsada. Tatiana Pauhofová zgrała świetnie. Chętnie obejrzałabym ją w jakiejś innej roli, chociaż jak na razie znalazłam tylko epizodyczne role w jej wykonaniu. Może jeszcze coś znajdę  ;-) Jej gra aktorska bardzo dobra, ale z rolą tak różnie… Zawsze powtarzałam i będę powtarzać – nic mnie tak nie denerwuje, jak bohater, który nie wie, czego chce.  Dobrze się oglądało film, w którym wszystkie twarze (prawie  :-P ) były świeże. Oczywiście spodziewałam się zarówno Michała Żebrowskiego jak i Pawła Deląga, ale nie spodziewałam się Krzysztofa Tyńca  8-O Przez dłuższą część filmu zastanawiałam się, gdzie jest Paweł Deląg. W sumie nie dziwię się, że nie było go zbyt dużo na ekranie, bo jest lekarzem od wszystkiego, więc po prostu nie miał czasu, by ganiać za główną bohaterką. 

Film mi się podobał, ale może to dlatego, że obejrzę wszystko, w czym zagra Michał Żebrowski… To może być to  ;-)



No Pidas La Luna. Consíguela!

Już wiele razy wspominałam o tym, że mam słabość do kilku książek; tak samo wiele razy wspominałam, że nie lubię oglądać ekranizacji i zazwyczaj je sobie odpuszczam. Jednak dzisiaj mam dla was małe porównanie 3 filmów, które – o zgrozo! – powstały na podstawie książki. Długo się zbierałam do tego porównania, bo nie lubię sobie psuć wizji, powstałych wcześniej w mojej głowie. Tym razem ciekawość wygrała z moimi przekonaniami. 

Mam na myśli produkcje, które bazowały na powieściach Federica Mocci. Jakoś tak jeśli chodzi o książki to zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu historia Alexa i Niki niż uwielbiane „Trzy metry nad niebem” i właśnie o tych filmach będzie. 

Pierwsza część, czyli „Wybacz, ale będę Ci mówiła Skarbie” powstała w dwóch wersjach: hiszpańskiej i włoskiej. Zacznę od tej hiszpańskiej, bo od niej zaczęłam oglądanie  ;-) 
W filmie zostało pominięte kilka wątków. Imiona kilku bohaterów zostały odrobinę zmienione, żeby (jak przypuszczam) lepiej brzmiały po hiszpańsku. Nie wszystko zostało rozwiązane tak, jak w książce. Przyznam, że po tych wszystkich filmach, mimo kilkukrotnego przeczytania książki, już nie wiem, co dokładnie w jakiej kolejności się działo. Najbardziej zdziwiło mnie to, że cukierki „La luna” w filmie okazały się…perfumami.
W ogóle nie pojawił się Andrea Soldini. Chyba, że akurat mrugnęłam  :-D Cała sprawa z detektywem była jedynie wzmianką i potem już nie wydarzyło się nic więcej. Sms-owe rozmowy głównych bohaterów pojawiają się na ekranie niczym w serialu „19+”, ale wyglądają zdecydowanie lepiej. Muszę przyznać ogromnego plusa za muzykę. Jeśli już jesteśmy przy muzyce to zabrakło mi niezwykle ważnej w tej historii piosenki „She’s the one”  :-(

Niestey nie znalazłam żadnego zwiastunu po polsku…


…ale za to będzie jeszcze piosenka  ;-)


We włoskiej wersji zdecydowanie zadbano o szczegóły. Wersja zdecydowanie wierniejsza książce i myślę, że jeśli ktoś woli oglądać filmy, zamiast czytać to spokojnie mogę polecić właśnie tą ekranizację i pozna całą historię taką, jaką stworzył autor. Bohaterowie mają swoje imiona, nikt nie został pominięty, cukierki są cukierkami; wszystko jest na swoim miejscu.



Ostatni film to druga część, która powstała tylko w wersji włoskiej. „Wybacz, ale chcę się z Tobą ożenić” nawet w wersji książkowej jest u mnie na drugim miejscu, jeśli chodzi o twórczość tego autora. Tak samo jak część pierwsza jest bardzo podobny do książki, chociaż moim zdaniem nie jest już aż tak dokładny  :-|



Podsumowując to wszystko… Może to będzie dziwne, ale najbardziej podoba mi się ten pierwszy film. Może nie odwzorowano historii tak dobrze, jak powinno to być zrobione  w ekranizacjach, ale jak każda produkcja – to jedynie wizja reżysera, co poradzić. 
Całkiem możliwe, że mam takie odczucia, bo wszystkie oglądałam w hiszpańskiej wersji językowej i w tych włoskich wersjach nie zawsze nadążałam za dubbingiem… O wiele łatwiej śmiać się z żartów, kiedy zdążysz go zrozumieć  ;-)

Oglądaliście? Która podobała Wam się najbardziej? No i oczywiście… Czy daliście się złapać na jakiś primaaprilisowy żart?  :-D

„Jeden dzień”

Ostatnio zrobiło się tu odrobinę filmowo  ;-) Jeszcze dzisiaj tak zostanie, bo wreszcie nadrobiłam kolejny punkt z mojej listy (która jest całkowitym miszmaszem wszystkiego co mi polecacie  :-D i co mnie zainteresuje). Jako prezent urodzinowy dla przyjaciółki kupiłam książkę „Jeden dzień” Davida Nicholls’a – już dawno, dawno temu… I wtedy właśnie L.B. zwróciła moją uwagę na film, który powstał na podstawie tej książki, więc szybko gdzieś sobie zapisałam ten tytuł i zupełnie o nim zapomniałam… Kilka dni temu sobie o nim przypomniałam i… Przyznam, że straciłam wiarę w melodramaty, bo zazwyczaj są mocno przerysowane, ale ten mi się spodobał. Nie musiałam walczyć z opadającymi powiekami (co mi się zdarzyło ostatnio, kiedy się zdecydowałam na ten gatunek filmowy  :-P ), wzruszyłam się (to się tylko tak wydaje, że łatwo się wzruszam; ja po prostu nigdy nie piszę, o rzeczach, które są mi obojętne albo które mi się nie podobały!  :-D ), zakończenie filmu było świetne. Z resztą w ogóle film był świetny. Lubię się czasem do czegoś przyczepić, ale tutaj choćbym chciała, to nie mam do czego  ;-) Jeśli lubicie takie klimaty, to dołączam do grona polecających!

2 wielkie biografie

Dzisiejszy dzień jest dla mnie jakiś taki niemrawy. Nie mam ochoty robić nic produktywnego i chyba sobie na to pozwolę  :-) Raz na jakiś czas każdemu się należy, poza tym wreszcie mam czas coś napisać!
W ostatnim czasie udało mi się obejrzeć kilka dobrych filmów i kilka słabych… Dzisiaj  pokażę Wam dwa filmy biograficzne, które mnie zachwyciły. Nie wiem, czy nie zdecyduję się pokazać Wam tych słabych filmów ku przestrodze, ale to innym razem  :-P

Zacznę od „młodszego” filmu z listopada zeszłego roku. Jak się tak zastanowię to oglądałam go jakieś 2 miesiące temu… Czas tak szybko mi ucieka, że dla mnie to wciąż „niedawno”. Nie byłam przekonana do tego filmu. Nie byłam pewna, czy chcę go oglądać… Nie żałuję, że dałam się namówić, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jedynym minusem jest to, że ja nie bardzo mogę patrzeć na sceny walki. Przebrnęłam przez te sceny, jestem z siebie dumna i jestem zachwycona filmem. Mam na myśli „Przełęcz ocalonych”. Przeglądając youtube’a jakiś czas po obejrzeniu, dowiedziałam się, że film został nominowany do Oscarów (6 nominacji!)… Ten post pięknie mi się zbiegł w czasie – dwa Oscary! za najlepszy montaż i za najlepszy dźwięk.
Nie lubicie, kiedy zdradzam fabułę, a pisząc o filmach, mogę Was chociaż zaciekawić zwiastunem  :-D

Kolejny film ma już kilka lat. Przeczytałam artykuł o Aung San Suu Kyi; bardzo zaciekawiła mnie jej postać i kiedy dowiedziałam się o filmie „Lady”, po prostu musiałam go obejrzeć, nie było innej opcji. Film jest wzruszający, jest piękny. Lubię oglądać filmy biograficzne. Sama świadomość, że ktoś taki był (czy tez nadal jest), wywołuje u mnie lawinę przemyśleń . Takie postacie są dla mnie o wiele bardziej inspirujące i…warte podziwiania.

Oglądaliście któryś z tych filmów? Co sądzicie? Też przypadły Wam do gustu?
~Leseratte :-)

W skrócie

Postanowiłam zrobić wpis, który odrobinę podsumuje pierwszy miesiąc w 2017 roku. Wydaje mi się, że był całkiem dobry. Chyba mam się z czego cieszyć  ;-)
Pewnie, mam już na sowim koncie kilka porażek, ale kto by się nimi przejmował? Nie jest to ani nic poważnego, ani nic czego nie da się naprawić, a co najważniejsze – przyćmiły je sukcesy  :-) Wiem, wiem, bardzo skromnie to ujęłam, ale te najważniejsze plany, które miałam miesiąc temu, powoli wchodzą w „fazę realizacji”. To dla mnie bardzo ważne, że coś się dzieje.
Znalazłam sporo inspiracji, pewnie niedługo dowiecie się więcej na ten temat  :-P W styczniu na blogu pojawiło się 17 postów. Patrząc na poprzednie miesiące – to całkiem dużo. W ogóle poświęciłam więcej czasu na bloga i zaczęłam uważniej śledzić statystyki. Przez te 31 dni było ponad 1.000 wyświetleń, pojawiło się dokładnie 200 nowych komentarzy. Pozytywnie mnie to zaskoczyło  ;-) Biorąc pod uwagę cały ten czas odkąd powstał blog, jest to niezaprzeczalny rekord.

Mam do nadrobienia czytanie Waszych blogów. Muszę się wreszcie za to wziąć  ;-) Nie zostawiłam mojego planera z cytatami na każdy dzień, sprawdza się; spodobała mi się ta metoda, ale o tym też na 100% jeszcze wspomnę. W dodatku już niedługo  ;-) Strasznie się wkręciłam w temat organizacji czasu, bo chcę znaleźć coś odpowiedniego, co będzie dla mnie jak najlepszym rozwiązaniem. Nadal „bawię się” w kolorowanki antystresowe.
Obejrzałam zdecydowanie więcej filmów niż zwykle. Jeśli chodzi o filmy, to wpisy o nich pojawiają się dość rzadko, bo staram się pisać o takich, o których warto  :-P Właśnie się zastanawiam jaki tytuł mogłabym podać jako najlepszy… Pcha mi się tutaj „Sully” może to przez to, że byłam na nim w kinie? Tylko, że oglądałam go trochę wcześniej… Mam mały dylemat; w każdym razie film na pewno zasłużył na to, by wspomnieć o nim jeszcze raz.
Przeczytałam dość mało książek; nawet nie będę mówić, bo to wstyd… Tu znów mam lekki dylemat, bo najlepiej kojarzą mi się „Anioły i demony”, a czytałam je trochę wcześniej.
Zaczęłam też odpowiadać na 100 pytań, których nikt nie zadaje i na pewno przejrzę jeszcze pozostałe pytania  :-)
Na koniec jeszcze tylko powiem, że od początku roku mogę cieszyć się pierwszą od dawna, nową piosenką Happysadu: