„Imagine all the people living life in peace”

Jak Wam mija majówka? Ja z całych sił staram się nie pamiętać o tym, że jeszcze w tym tygodniu zaczynam matury i staram się zupełnie wyprzeć wszystkie związane z nimi myśli  ;-) Wpadłam dosłownie na chwilę, żeby podzielić się z Wami linkiem i piosenką, która ostatnio nie daje mi spokoju! 



Dla mnie każda jej wersja jest świetna. To chyba zasługa samego utworu  ;-)

„Ciało obce”

Happysad

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, że bardzo lubię zespół Happysad, to najprawdopodobniej nie zagląda tu zbyt często, bo pisałam o tym już wiele razy  ;-) Niedawno do mojej kolekcji dołączyła ich najnowsza płyta – „Ciało obce”. Sama nie wiem, czy zrobiłam dobrze, że ją kupiłam. Zdecydowanie najbardziej odpowiada mi ten „stary” Happysad, bo to od tamtych piosenek wszystko się zaczęło; cała moja miłość.
Poprzednia płyta „Jakby nie było jutra” była dość mocno krytykowana. Ja nie miałam z nią żadnego problemu; przesłuchałam parę razy i stwierdziłam, że to przecież wciąż jest ta muzyka, którą tak lubię! To nie było do końca to, co znałam, ale chyba po cichu liczyłam, że to taki „eksperyment”. Może dlatego ten krążek mnie zawiódł… Liczyłam, że nadszedł czas na „powrót do początków”, trochę się przeliczyłam. Mam wrażenie, że coraz bardziej uciekają od tej muzyki, którą tworzyli kiedyś  :-|
Wiem, że rozwój artystów zawsze jest ciężki dla fanów, bo są przyzwyczajeni do czegoś zupełnie innego. Jak dla mnie ta płyta jest trochę ciężka. Jeszcze nie udało mi się jej przesłuchać w całości, bo mnie to męczy. Tylko dwa lub trzy kawałki przypominają mi tą muzykę, do której tęsknię.  Tak czy siak zawsze będę śledzić co się dzieje z zespołem i co nowego wydają. Mam do nich ogromny sentyment. Sporo się u mnie działo, kiedy w moich słuchawkach wybrzmiewały tylko ich piosenki.

Macie ochotę na melodię, od której się nie uwolnicie?   :-D


Czas na tradycyjne pytanie do Was!  Czy też macie takie zespoły, z którymi Wasze drogi się rozeszły? Na pewno! A ja jestem ciekawa jacy to byli artyści  ;-)

No Pidas La Luna. Consíguela!

Już wiele razy wspominałam o tym, że mam słabość do kilku książek; tak samo wiele razy wspominałam, że nie lubię oglądać ekranizacji i zazwyczaj je sobie odpuszczam. Jednak dzisiaj mam dla was małe porównanie 3 filmów, które – o zgrozo! – powstały na podstawie książki. Długo się zbierałam do tego porównania, bo nie lubię sobie psuć wizji, powstałych wcześniej w mojej głowie. Tym razem ciekawość wygrała z moimi przekonaniami. 

Mam na myśli produkcje, które bazowały na powieściach Federica Mocci. Jakoś tak jeśli chodzi o książki to zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu historia Alexa i Niki niż uwielbiane „Trzy metry nad niebem” i właśnie o tych filmach będzie. 

Pierwsza część, czyli „Wybacz, ale będę Ci mówiła Skarbie” powstała w dwóch wersjach: hiszpańskiej i włoskiej. Zacznę od tej hiszpańskiej, bo od niej zaczęłam oglądanie  ;-) 
W filmie zostało pominięte kilka wątków. Imiona kilku bohaterów zostały odrobinę zmienione, żeby (jak przypuszczam) lepiej brzmiały po hiszpańsku. Nie wszystko zostało rozwiązane tak, jak w książce. Przyznam, że po tych wszystkich filmach, mimo kilkukrotnego przeczytania książki, już nie wiem, co dokładnie w jakiej kolejności się działo. Najbardziej zdziwiło mnie to, że cukierki „La luna” w filmie okazały się…perfumami.
W ogóle nie pojawił się Andrea Soldini. Chyba, że akurat mrugnęłam  :-D Cała sprawa z detektywem była jedynie wzmianką i potem już nie wydarzyło się nic więcej. Sms-owe rozmowy głównych bohaterów pojawiają się na ekranie niczym w serialu „19+”, ale wyglądają zdecydowanie lepiej. Muszę przyznać ogromnego plusa za muzykę. Jeśli już jesteśmy przy muzyce to zabrakło mi niezwykle ważnej w tej historii piosenki „She’s the one”  :-(

Niestey nie znalazłam żadnego zwiastunu po polsku…


…ale za to będzie jeszcze piosenka  ;-)


We włoskiej wersji zdecydowanie zadbano o szczegóły. Wersja zdecydowanie wierniejsza książce i myślę, że jeśli ktoś woli oglądać filmy, zamiast czytać to spokojnie mogę polecić właśnie tą ekranizację i pozna całą historię taką, jaką stworzył autor. Bohaterowie mają swoje imiona, nikt nie został pominięty, cukierki są cukierkami; wszystko jest na swoim miejscu.



Ostatni film to druga część, która powstała tylko w wersji włoskiej. „Wybacz, ale chcę się z Tobą ożenić” nawet w wersji książkowej jest u mnie na drugim miejscu, jeśli chodzi o twórczość tego autora. Tak samo jak część pierwsza jest bardzo podobny do książki, chociaż moim zdaniem nie jest już aż tak dokładny  :-|



Podsumowując to wszystko… Może to będzie dziwne, ale najbardziej podoba mi się ten pierwszy film. Może nie odwzorowano historii tak dobrze, jak powinno to być zrobione  w ekranizacjach, ale jak każda produkcja – to jedynie wizja reżysera, co poradzić. 
Całkiem możliwe, że mam takie odczucia, bo wszystkie oglądałam w hiszpańskiej wersji językowej i w tych włoskich wersjach nie zawsze nadążałam za dubbingiem… O wiele łatwiej śmiać się z żartów, kiedy zdążysz go zrozumieć  ;-)

Oglądaliście? Która podobała Wam się najbardziej? No i oczywiście… Czy daliście się złapać na jakiś primaaprilisowy żart?  :-D

„I don’t care if I sing off key I find myself in my melodies”

Już jakieś dwa tygodnie temu odrobinę powiększył się mój zbiór płyt CD. Właściwie to wczoraj kupiłam jeszcze jedną, ale po kolei, wszystko w swoim czasie  ;-) 
Znów będę się powtarzać… Po raz kolejny będę się rozpływała nad tym, jak to uwielbiam mocne głosy, które mogłyby rozbijać ściany! Ostatnio pisałam o „The truth about love”; dzisiaj przyszedł czas na odrobinę nowszą płytę „This is acting”. Szybko stała się moją ulubioną. To czego lubię słuchać, zawsze zależy od mojego humoru; ostatnio mam nastrój właśnie na takie energiczne piosenki. Kupując miałam wątpliwości, co wybrać. Jak na mnie to dziwne; zwykle podchodzę do regału i od razu wiem, czego chcę. Mimo konieczności zastanawiania, moja intuicja mnie nie zawiodła  :-)

Jeśli chodzi o graficzną stronę albumu… Litery chyba nie były do końca przemyślane i odrobinę się zlewają; ale stwierdziłam, że pokażę to, co najlepsze, czyli samą płytę:

SIA "This is acting"

Samo patrzenie na tę tęczę pozytywnie mnie nastraja i powoduje, że mam energię do działania  :-D


„I don’t care if I sing off key
I find myself in my melodies”

Prawda o miłości

DSC01860
W tytule wpisu miłość, książki (w dodatku Nicholasa Sparksa), jeśli wydaje Wam się, że to ma jakiś związek to…jesteście w błędzie ;-) Przez poprzednie dwa wtorki pisałam o płytach, które mam. Stwierdziłam, że skoro ostatnio udało mi się utrzymać tygodniową przerwę, to czemu teraz też takiej nie zrobić? Może nawet pokusiłabym się o taką cotygodniową „mini serię”, ale ten post by ja kończył.
„The truth about love” ma już kilka lat… Została wydana w 2012 roku, swój egzemplarz kupiłam niedawno. Kocham muzykę, ale jeśli mam wybór wydać pieniądze na książkę czy na płytę, zazwyczaj wybieram książkę. W dodatku znalazłam ją na jakiejś promocji i za wydanie „deluxe” zapłaciłam coś ok. 20 zł. Jestem zachwycona szatą graficzną (dlatego pokazałam Wam kawałeczek na zdjęciu :-D ) . Byłam zaskoczona, kiedy ją odpakowałam i otworzyłam po raz pierwszy; nadal bardzo mi się podoba. Zaczęłam od tego, jakby było najważniejsze…
Lubię P!nk, lata temu zachwycił mnie jej głos. Ktoś może lubić lub nie jej muzykę, ale raczej każdy się zgodzi z tym, że ma kawał głosu. Naprawdę… Zdecydowanie najbardziej podoba mi się piosenka „Just give me a reason”, poza tym „Try” i „Good old days”.

Wydawało mi się (a raczej łudziłam się  :-P ), że skoro będę miała tyle wolnego to będzie tyle postów itd.; jak zwykle niewiele z tego wyszło. Zgodnie z tym co wszyscy mi doradzali (łącznie z Wami) wykorzystuję ostatni taki szkolny przywilej, jakim są dwutygodniowe ferie. Co mi tam… Więcej się nie powtórzy! Trochę nie ma mnie w domu, staram się być na bieżąco z Waszymi blogami i chyba nawet mi się to udaje. Poza tym wreszcie sobie trochę poczytałam. Miało nie być o książkach, ale dobra… Skoro już są na zdjęciu… Jedną już mam za sobą, jedną właśnie czytam, a jedna będzie na potem. Dwie z nich wypożyczyłam dla mojej siostry, więc to raczej coś lekkiego.
Przypomniałam sobie, że jeszcze nie pokazywałam Wam mojego kubka z tekstami z „Misia” Bareji; teraz prawie mi się to udało. Śmieszne, bo kiedy zaparzyłam sobie w nim pierwszą kawę, to akurat na którymś z kanałów była emitowana ta komedia. Te zrządzenia losu  ;-)