Jeden dzień w Wenecji

Jakie są Wasze myśli, kiedy słyszycie „Wenecja”? Mnie od razu przychodzi na myśl jedno z najbardziej romantycznych miejsc pod Słońcem, miasto pełne kanałów wodnych, po których pływają gondole, rozlega się muzyka, a nad miastem unosi się księżyc w pełni. Nie można też zapomnieć o ludziach biegających w charakterystycznych, karnawałowych maskach. Niby wiem, że rzeczywistość bywa różna od naszych wyobrażeń, ale jednak miałam taką cichą nadzieję na dnie serduszka zobaczyć właśnie taki obrazek. Mimo tych wszystkich komentarzy, że woda strasznie cuchnie itd. Przed jakimkolwiek wyjazdem staram się nie słuchać takich uwag, bo nie lubię się uprzedzać do żadnego miejsca i sama się przekonać  ;-)

DSCF1774To co zobaczyłam trochę mnie rozczarowało. Nie mogę powiedzieć, że miasto jest brzydkie (jest piękne i zdecydowanie ma swój urok), ono po prostu nie dorównało tej wizji, którą miałam w głowie. Prawdopodobnie wynika to z wczesnej pory wybranej na nasze zwiedzanie. Nie każde budzące się do życia miasto jest warte uwagi. Przepraszam, ale gdzie urok Wenecji, jeśli Słońce tyle co wzeszło (Księżyca brak), gondolierzy jeszcze nie pracują (gondoli i zakochanych par brak), a miejsce gondoli zajmują śmieciarki  :-| Powiem Wam, że to pierwsze wrażenie odrobinę przyćmiło mi wszystko to, co zobaczyłam później… Rozumiem, że w późniejszych godzinach tłumy turystów powodują, że nie widzisz prawie nic, ale mimo wszystko…jeden wieczór w Wenecji? Proszę! Bardzo bym chciała. Chciałabym się przekonać, czy wtedy byłoby jak na filmach. Jeśli będę mogła chętnie wrócę… Śpieszmy się kochać Wenecję, bo nie wykluczone, że za jakiś dłuższy czas zniknie pod wodą. A propos wody. Prześmiewcy mówią, że każda ulica w Wenecji „śmierdzi inaczej”. Jak dla mnie jest to powiedziane bardzo na wyrost. Wiecie  jak pachnie Wenecja? Jak woda, po prostu. To nie jest żaden smród, to po prostu woda, która czasem pachnie bardziej neutralnie, czasem bardziej intensywnie, ale to ciągle ten zapach. Taki jak nad rzeką, nad jeziorem itd. 

DSCF1751Samo miasto odrobinę mnie zawiodło, ale plac świętego Marka i bazylika świętego Marka, mnie oczarowały. Nadal brakuje mi słów, żeby to opisać. Są takie miejsca, gdzie człowiek zwyczajnie czuje się mały. Mały, bo widzi ogrom murów dookoła. Mały, bo wie, że nigdy nie usłyszy o wszystkim, co te mury widziały.

DSCF1793Zdjęcia z placu są pełne czyichś głów, bo robiłam je z poziomu placu i nie koniecznie chcę je Wam pokazywać  ;-) Akurat kiedy tutaj dotarliśmy tłumy turystów zaczęły napływać; także ciężko było zrobić zdjęcie bez części ciała obcych ludzi. Każdy kto lubi robić zdjęcia, wie jaka to zmora… Znalazłam jedynie takie:

DSCF1787Byliśmy też na szczycie „campanile”, czyli dzwonnicy, którą widzicie na zdjęciu powyżej:

DSCF1800Włoskie Słoneczko dało mi się we znaki. Opalenizna jest, owszem, ale z jakichś powodów tylko na ramionach i nosie! Nie wiem, jak to możliwe. Zwłaszcza, że to ramiona miałam zakryte, wchodząc do różnych kościołów…
Trochę jestem zła, a trochę się cieszę, będąc w domu, mogę siedzieć na Słońcu cały dzień, a efekty są bardzo słabe. Już od kilku lat nie mogę się ładnie opalić, a zazwyczaj spędzałam na leżaku większość wakacji…

Jak Cię widzą…

…a jak widzą nas wszystkich? Niby nie ma większego znaczenia to, skąd pochodzimy. Każdy z nas jest indywidualnością, czy to w ogóle możliwe, żeby narodowość decydowała o tym, jak się zachowujemy? Według mnie ma to ogromne znaczenie. Nie mam na myśli tego, że miejsce na Ziemi kształtuje nasz charakter. Raczej chodzi mi o ludzi. Czy nie jest tak, że mimowolnie dostosowujemy się do społeczeństwa? Jeśli widzimy, że jakieś zachowanie jest akceptowalne (bądź nie) przez nasze środowisko, to ten fakt tak mocno wchodzi nam w głowę, że bardzo ciężko się go z niej pozbyć.
Kilka razy zdarzyło mi się słyszeć, że mam zachowanie typowej Polki. Nie mam pojęcia na jakiej zasadzie tak stwierdzono, ale niech będzie, w pełni to akceptuję. Przede wszystkim jesteśmy strasznie marudni, zawsze potrafimy znaleźć powód do narzekania; nie umiemy zwyczajnie cieszyć się życiem. Odnoszę wrażenie, że bardzo ciężko nam to przychodzi, ale nie to jest najgorsze. Mamy talent do umniejszania własnych umiejętności. Nasza „skromność” jest aż nazbyt wielka. Na szczęście sporo się w tej kwestii zmienia, stawiamy na rozwój osobisty i uczymy się pewności siebie.
Jesteśmy narodem, który „rozlał się” po całym świecie. Ciężko znaleźć takie miejsca, w których nie ma Polaków. Obcokrajowcy zazwyczaj pakują nas wszystkich do jednego wora i zdarza nam się cierpieć przez to, że wcześniej ktoś inny wyrobił nam niezbyt dobrą reputacje. Często potem burzymy się przeciwko takim zachowaniom, ale czy my nie robimy tego samego? Mówi się, że jesteśmy strasznymi rasistami. Chwilami czuję się tak, jakby to było coś, co sami sobie wmówiliśmy. Kiedy przychodzi to rozmowy twarzą w twarz na wierzch wypływają inne nasze cechy – gościnność i otwartość. Oczywiście nie mówię, że problem rasizmu w ogóle nas nie dotyczy, ale na świecie słyniemy właśnie z tego, że jesteśmy bardzo dobrymi gospodarzami „Gość w dom, Bóg w dom”  ;-)
Do tych wszystkich przemyśleń skłoniły mnie dwie książki „Swego nie znacie, czyli Polska oczami obcokrajowców” i „Symbole Polski”. Urzekła mnie ta pierwsza. Podoba mi się jej wydanie i cała oprawa graficzna. Ta druga jest w połowie po polsku, w połowie po angielsku. Chyba nie ciężko się dziwić, że jednym z symboli Polski jest wódka. Cały spis jest alfabetyczny, więc nie wiem, które miejsce by zajęła, ale Polska wódka ma swoją cenę na świecie. Przykładowo we Francji butelka, która u nas kosztuje ok. 20 zł, tam kosztuje prawie 20 euro. Znacząca różnica, prawda? Nie oszukujmy się, jesteśmy znani z tego, że potrafimy dużo wypić…
Kolejnym symbolem Polski są kobiety  :-D Obcokrajowcy zapytani o Polaków zazwyczaj podają na zmianę te same odpowiedzi „piękne kobiety”, „wspaniała kuchnia. Pamiętam, że jako podsumowanie wymiany polsko-niemieckiej mieliśmy rozmowę na temat stereotypów itd. – Niemcy mówili co wiedzą o Polakach, my co wiemy o Niemcach. Miło było usłyszeć, że Polska kojarzy im się ze świetnymi fachowcami, a nie z kradzieżami aut  :-P Trochę dziwnie się zrobiło, kiedy rozmawialiśmy bardziej swobodnie. Dziwne było tłumaczenie, że nie jesteśmy częścią Rosji osobom, które były o tym przekonane. Chociaż… Mnie też bardziej interesują państwa na zachodzie niż te na wschodzie. Zraziła mnie tylko jedna rzecz. Mianowicie jedna z Niemek powiedziała, że jest w szoku z dwóch powodów 1.bo jesteśmy tacy mili, 2.że mamy podobne rzeczy do nich. Zostali wcześniej uprzedzeni, że możemy być złośliwi z powodu zazdrości, że oni mają więcej pieniędzy, na więcej ich stać. Było to odrobinę nie w porządku, ale z drugiej strony na pewno zapamiętają, ze WCALE się od nich nie różnimy, bo takie były ICH wnioski.
Na koniec zostawiłam sobie wspomnienie, o którym chyba już kiedyś pisałam – Chorwaci. Nigdy w życiu nie spotkałam ludzi, którzy tak bardzo cieszą się na widok Polaków, którzy tak bardzo cieszą się, że mogą sobie z kimś pogadać po polsku (w ich bardzo łamanej wersji). Przechodząc ulicami zdarzyło mi się słyszeć coś w stylu „Jakie ładne dziewczyny, pewnie Polki” – chorwacki to język należący do grupy słowiańskiej, nasze języki są w pewnym stopniu podobne. Już nie wspomnę o tym, że zupełnie przypadkowe osoby ciągle mówiły nam „cześć”.
Wiecie co jeszcze jest symbolem Polski? Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Dostało jej się miejsce w książce i słusznie. Z roku na rok jest to coraz większy sukces, coraz większa liczba osób dostaje pomoc, a to jest bardzo ważne. Podobno doczekała się swoich odpowiedników w innych krajach.

Chyba nie jest z nami aż tak źle, jak  mogłoby się wydawać  ;-)

Tyle spraw, których nie rozumiem

To nie był przypadek, że ostatnio na blogu pojawił się post poświęcony literaturze wojennej. Jestem zadowolona, bo dziś wreszcie opublikuje wpis, który obiecałam Wam już we wrześniu.  Z mojej strony będzie to ostateczne „rozliczenie się” z 2016  ;-)

Wpis miał być ostatnim z tych poświęconych mojemu pobytowi we Francji. Kiedy już straciłam resztę nadziei na odzyskanie zdjęć, był czas świąteczny i uznałam, że skoro tak długo czekał, to może poczekać jeszcze trochę.

W czasie projektu odwiedziliśmy wiele miejsc związanych z I i II wojną światową; spotkanie z historią „w cztery oczy” jest o wiele ciekawszą sprawą, niż czytanie o niej z podręczników. Są miejsca, których nie zapomnę do końca życia, gdzie człowiek zapomina o sobie, bo uświadamia sobie, jaki jest mały. Do takich miejsc zdecydowanie należą cmentarze poległych w bitwie pod Verdun. Nie można przejść obok nich obojętnie, po prostu się nie da. Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy nie chcą lub nie umieją się dogadać. Czy naprawdę śmierć tych wszystkich ludzi była konieczna? Czy jakieś wydumane idee były tego warte? Życie człowieka jest wartością największą ze wszystkich, to ono powinno być priorytetem. Tylko czy świat wyciąga wnioski z krwawych lekcji historii? Stara się, ale to nie jest łatwe. Jako istoty rozumne jesteśmy czasem kompletnie bezradni i często zupełnie bezmyślni.

W czerwonej strefie do dziś nie można się swobodnie poruszać. Nie wiadomo co leży pod ziemią, nie wiadomo czy nie wybuchnie, a jeśli już to z jaką mocą; dlatego warto być ostrożnym. Tutaj pojawia się kolejne ludzkie zachowanie, którego nie potrafię pojąć – ryzykowanie własnego życia dla zarobku. Wielu śmiałków idzie na pola bitwy, żeby znaleźć jakieś pamiątki po poległych, cokolwiek co tam pozostało, by potem na tym zarobić. W okolicy roi się od sklepików, w których sprzedawane są takie „gadżety”. Nie interesowałam się cenami w takich miejscach, ale wydaje mi się, że żadne pieniądze nie są warte narażania się na takie niebezpieczeństwo. Nie wiem, czy kupiłabym tam cokolwiek… Raczej nie…

Na kilka dni przed świętami…

Jestem w ciut lepszym nastroju, dzisiaj będzie półświątecznie  :-) Przede mną jeszcze wigilie klasowe, ale już kilka takich opłatkowych spotkań mam za sobą. Z niektórymi osobami przypadnie mi przełamać się nawet po 3 razy.

Jakiś czas temu przepadłam  na weekend. Zabłądziłam aż do Warszawy (ode mnie to ładny kawałek), było warto. Wszystkie grupy PaTowskie miały swoją wigilię społecznościową. Co prawda tegoroczne wydarzenie nie pomieściłoby wszystkich, ale odbyło się w Wilanowie! Była okazja spotkać znajomych, pośpiewać kolędy i zwyczajnie pobyć razem. Nie zabrakło barszczy, pierogów, świetnej atmosfery. Poza tym dostaliśmy pierniczki robione przez członków jednej z grup. W dodatku każde ciasteczko miało przyczepiony cytat, czego chcieć więcej?
"Wiele czyni ten, kto czynni co może"
Po cichu muszę Wam się przyznać, że wymknęłam się na trochę ze spotkania, żeby popodziwiać Królewski Ogród Światła. No dobra… Wymknęłam się kilka razy. Byłam po prostu zachwycona! Z resztą kiedy oglądam zdjęcia i nagrania – nadal jestem zauroczona widokiem. Nie będę już wspominać o tych wszystkich kwiatach, drzewach, cudach niewidach, bo aż robi mi się smutno, że mnie tam nie ma. Na ten temat powiem jeszcze tylko – Czajkowski. Są tacy artyści, których muzyka po prostu oczarowuje i to nie na moment, nie na kilka tygodni, tylko na zawsze. Ogród zrobił na mnie ogromne wrażenie, to było trochę tak, jakbym przeniosła się nagle do innego wymiaru. Wiem, muzyka połączona z obrazem, przy dobrym wykonaniu jest ogromnym bodźcem dla człowieka. Takim, że można się zakochać, ja się zakochałam  ;-)
Na pomoc przychodzi oczywiście youtube, jakże by inaczej  :-P Przesłanie mojego filmiku, wymagałoby chyba całej mojej przestrzeni dyskowej, a i tak słychać na nim wiele chichotów i zachwytów.

Jeśli będzie mieli okazję – wybierzcie się do Wilanowa!
Zostawiam Was w takim magicznym klimacie…

Wschodnia Francja w jeden dzień.

Napisałam dzisiaj ostatnią próbną maturę. Jestem z siebie mega dumna, bo (poza matmą) chyba poszło mi całkiem nieźle. Nie mam jeszcze wyników, ale nie było aż tak źle  ;-)

Już kilka  miesięcy temu byłam we Francji, a nadal nie dokończyłam pisania o tym wyjeździe. Niestety najprawdopodobniej utraciłam wszystkie zdjęcia bezpowrotnie. Bardzo żałuję, bo nie mam teraz żadnej prywatnej pamiątki… Karta pamięci podłączona do jakiegokolwiek urządzenia, zaczyna wariować i wymusza jego zresetowanie. Miałam nadzieję, że uda mi się jeszcze uratować fotki, bo kilka razy udało mi się dostać do folderu z nimi, ale to nic nie dało – rzekomo ich tam nie ma.

Zwiedzaliśmy Metz, Nancy i Verdun. We wszystkich mieliśmy wolną rękę, jeśli chodzi o zwiedzanie. Bardzo mi się to podobało: jeśli naprawdę chcieliśmy coś zobaczyć, mogliśmy albo pójść do punktu informacji turystycznej, poprosić o mapę, osobiście zdecydować co nas najbardziej interesuje, albo (też całkiem ciekawa opcja) zwyczajnie „pobłądzić” w pobliskich uliczkach. Tak naprawdę każdy z tych sposobów ma swoje plusy i pozwala zobaczyć wiele ciekawych rzeczy.

Francja

Jak pewnie się domyślacie w Metz zdecydowałam się na chodzenie po mieście z planem, a w Nancy wybrałam tą drugą możliwość. Moim punktem wyjścia do przechadzki po mieście był plac Stanisława Leszczyńskiego. Chwila, chwila… Przecież to brzmi…polsko… Nie inaczej. Skąd na francuskiej ziemi  nasz polski król? Nigdy nam nie było jakoś specjalnie daleko od Francuzów, prawda?  :-) Czasy jego panowania w Polsce nie były łatwe. Poza tym przypadają na mój ulubiony okres historyczny, z którego wszystkie daty mi się plączą, więc nie będę Was nimi zasypywać, mogłoby się okazać, że z krótkiego zarysu historycznego powstałaby niezła powieść fantastyczna. Nie jestem pewna na ile mogę ufać przewodnikom, ale podobno plac Leszczyńskiego to jeden z najpiękniejszych miejsc w mieście. Całość zdobi masa ozdobnych, efektownych elementów, które przyciągają zarówno miejscowych jak i spragnionych pięknych widoków turystów.

Na koniec zostawiłam sobie Verdun. Miałam takie założenie, żeby w takich wpisach dzielić się z Wami moimi wspomnieniami, dorzucić parę zdjęć i na tym skończyć. Chciałabym się tego trzymać, żeby nie przedłużać i Was nie zanudzać  :-D Dlatego zafunduję Wam historyjkę o tym, jak wybrałam się kupować pocztówki.
Sporo zajęło mi znalezienie jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym je kupić. Szczęśliwa wybrałam kartki i ustawiłam się w kolejce.
„Bonjour” Moja bezbłędna znajomość francuskiego zaczyna się i kończy prawie w tym samym miejscu, więc kiedy zaczęła szybko wyrzucać z siebie kompletnie niezrozumiane dla mnie słowa, zrobiłam szybką kalkulację (Francuzi podobno bardzo nie lubią angielskiego), „Czy mówi Pani po angielsku?” byłoby strzałem w stopę, bo już w ogóle by mi nie pomogła… Zaryzykowałam, wysiliłam szare komórki i przypomniałam sobie, jak powiedzieć „Nie rozumiem”. Pani lekko przygasła, posmutniała, ale doceniła mój wysiłek i po prostu pokazała mi, że chodzi jej o to, czy potrzebuję znaczków… Przy tym nie przestawała mówić, wyszło na to, że do dalszej konwersacji potrzebowałam tylko „Oui” i „Non”, a pani chętnie wypytywała mnie dalej i pożegnała mnie z promiennym uśmiechem  :-D Żeby tylko wszędzie sprzedawcy byli tak weseli…

Na dzisiaj to tyle… Miało być o wiele krócej, przerwałam pakowanie, bo nie dawało mi spokoju, że prawie koniec roku, a ja jeszcze nie opowiedziałam o tylu rzeczach. Jutro rano wyjeżdżam, prawdopodobnie odezwę się do Was dopiero w poniedziałek.

Miłego weekendu, pozdrawiam
~Leseratte