Czym jest Bullet Journal?

Wczoraj było o tym, że nie do końca potrafię ogarnąć swój wolny czas, a dzisiaj będzie o tym w jaki sposób próbuję to robić  :-D

Od kilku miesięcy (czyli jeszcze w czasie rok szkolnego) korzystam z Bullet Journal. Chociaż chyba słowo „korzystam” nie jest tutaj najodpowiedniejsze, raczej tworzę swój własny Bullet Journal.

Czym tak naprawdę jest BuJo?
Wiele osób używa sformułowania „spersonalizowany planer”, ale w moim przypadku (i jak sądzę nie tylko w moim) jest to po prostu zeszyt, w którym mogę sobie wszystko rozpisać, zaplanować itd. Niektórzy używają też segregatorów, w które później wpinają kartki z gotowym planem. W gotowych planerach nie mamy aż tyle pola do popisu, musimy dopasować się do tego, co już zostało zaprojektowane; tutaj wybieramy to, co dla nas najwygodniejsze. Wystarczy Ci plan miesięczny – super! Wolisz plany tygodniowe? – Rysujesz plan tygodniowy. Lubisz mieć rozplanowany każdy dzień? – Rozpisuj każdy dzień z osobna.

Dlaczego wybrałam planowanie w BuJo?
Naoglądałam się arcydzieł, które można znaleźć w internecie. Uwierzcie mi, niektóre zeszyty to dzieła sztuki, a nie zwykłe planery… Są osoby, które wszystko planują niesamowicie minimalistycznie, a i tak nie można tak po prostu odwrócić wzroku od ich prac. Inni używają mnóstwa kolorów, brokatów i wszystkiego, co znajdą i to też może być piękne. Dzięki temu planer staje się wyjątkowy.

Od czego zacząć?
Wiele osób wybiera zeszyty w kropki, które są dość drogie (w porównaniu do innych…). Im porządniejszy notes, tym droższy. Ale nie dajmy się zwariować! Najpierw trzeba zobaczyć, co tak naprawdę nam odpowiada – ciągle jestem w fazie testów  :-P , ciągle szukam najlepszych rozwiązań. 
Zaczęłam od zeszytu A5 z gładkimi kartkami, wykorzystałam nie używaną wcześniej okładkę na notatnik i taki zeszyt służył mi przez 3 miesiące (wystarczyłby na 4, ale już nie mogłam się doczekać nowego notatnika…). Nie wiem, ile kosztowała okładka, bo ją dostałam, ale zwykły zeszyt A5 to nie jest ogromny wydatek; czyli naprawdę nie trzeba wydawać majątku. 
20170816_193128
Teraz korzystam już z kolejnego notatnika. Właściwie pamiętnika… To jest pamiętnik, na każdej stronie jest miejsce na datę i numer strony (te zeszyty w kropki też zazwyczaj mają numerowane strony) i jest w linie. Jestem osobą, która nienawidzi zeszytów w linie. Nawet notatki na język polski często robiłam na kartkach w kratkę i później wklejałam… Ale… Jak testować to konkretnie. Na początku bardzo mnie denerwowało to, że linie jednak mnie odrobinę ograniczają. Teraz twierdzę, że dzięki nim wymyśliłam wiele nowych rozwiązań, których nie wymyśliłabym mając absolutną dowolność.
Zaczynając miałam jeszcze czarny długopis (bo ja uwielbiam czarne długopisy; nie wiem dlaczego zawsze w szkole używałam niebieskiego…). 
Wydaje mi się, że warto spróbować…

Na koniec jeszcze chcę tylko dodać od siebie, że na pewno jest to sposób dla każdego, kto lubi się wyżyć kreatywnie. Naprawdę polecam usiąść raz dziennie z pisakiem, kredką, ołówkiem, czymkolwiek, spisać sobie co trzeba zrobić następnego dnia i może wymyślić jakieś upiększenie strony?  :-P Kiedy miałam bardziej stresujący czas, to mnie naprawdę odprężało.

Nie potrafię odpocząć

Mamy kolejny poniedziałek! Cały czas byłam przekonana, że poniedziałki są okropne tylko wtedy, kiedy idziemy do szkoły, pracy, itp. Właśnie sobie uświadomiłam, że to bzdura… :-D U mnie jesień ma się coraz lepiej, krople deszczu cicho uderzają o parapet z krótkimi przerwami na ulewę, wtedy uderzają dość głośno. Zawsze staram się, żeby w poniedziałek pojawiał się post o tym, co u mnie. Tak bardzo nie chce mi się pisać o tym, co mnie stresuje, co mnie denerwuje, bo jak pisałam niedawno – narzekanie i tak nic nie da. Mam wrażenie, że tylko pogarsza sytuację. 

Uświadomiłam sobie, że nie potrafię odpoczywać. Cały czas jestem w domu, mogę dowolnie zarządzać swoim czasem i nie mam obowiązków; a mimo to jestem bardziej zmęczona niż w czasie roku szkolnego. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do funkcjonowania w ten sposób i organizowania sobie czasu po szkole, że teraz mając do dyspozycji cały dzień, robię bardzo niewiele. Możecie mi przesłać w komentarzach OGROMNEGO kopniaka, może mnie to trochę zmotywuje :-D To jest dla mnie taki syndrom weekendu – w tygodniu zrobić wszystko co się da, a weekend to czas na słodkie lenistwo. Zauważyłam też, że jeżeli chociaż coś danego dnia pójdzie po mojej myśli i zrobię COŚ, cokolwiek to od razu mam lepszy humor, daje mi to satysfakcję.

Oczywiście nie mogę powiedzieć, że cały ten czas zmarnowałam, bo tak nie jest… Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, kilku się nauczyłam, WRESZCIE spotkałam się ze znajomymi, których nie widziałam całe wieki. Zauważyłam też, że jestem strasznie zależna od pogody… Im ładniejszy dzień, tym bardziej produktywny.  W takie dni jak dzisiaj – mam ochotę zahibernować…
 

Jak wybrałam szkołę średnią?

Wielkimi krokami zbliża się wrzesień; wielu ludzi będzie zdobywać nowe doświadczenia w nowej szkole, poznawać nowych ludzi. W kilku słowach opowiem Wam o tym, jak to się stało, że cztery lata temu trafiłam do takiej, a nie do innej szkoły średniej. 

ZAWSZE moją mocną stroną były języki obce, szczególnie niemiecki, którego uczę się odkąd skończyłam 6 lat. Wydawało mi się to oczywiste, że w przyszłości będę studiować filologię germańską; NIGDY nie widziałam się w żadnej innej roli. Wiedziałam, że są licea lingwistyczne; byłam załamana, bo nigdzie w okolicy takiego nie było. I wiecie co? Akurat w tym roku, w którym ja wybierałam szkołę średnią utworzyli taką klasę. Tylko nic mi z tego nie przyszło, bo była to klasa z angielskim i hiszpańskim. Nie wyobrażałam sobie mieć trzyletniej przerwy od niemieckiego. W międzyczasie straciłam pewność co do tego, czy na pewno chcę robić akurat to…

Wahałam się bardzo długo nad tym, jaką klasę w liceum wybrać. Bo w grę wchodziło tylko liceum. Inna opcja dla mnie nie istniała. Wybór był dość ograniczony; zdecydowałam się na klasę matematyczno-fizyczną. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie skąd mi się to ubzdurało… Do dzisiaj nie wiem… Wydaje mi się, że to trochę przez nauczycieli, którzy raczej podpowiadali licea niż szkoły kształcące w zawodzie; zupełnie tak, jakby to było coś gorszego… 
Tylko, że ja tak naprawdę nigdy nie chciałam tam iść. Rozumiem matematykę, ale jej nie lubię. Po prostu nie. Z fizyką bywało różnie, bo miałam różnych nauczycieli; ich podejście zawsze przekładało się na moje oceny. Do dziś pamiętam, że na liście do tej klasy byłam czwarta, czyli wynik całkiem niezły (później często wypominany mi przez kolegów, którzy w przeciwieństwie do mnie ostatecznie do tej klasy poszli). Stałam pod budynkiem szkoły i czułam, że coś jest nie tak, jak być powinno. Dlatego przeszłam na drugą stronę ulicy, sprawdzić co się tam dzieje…

Widzicie… Zawsze interesowało mnie to jakimi prawami rządzi się rynek, jak to jest że jedni się na nim utrzymują, inni nie; jak to jest, że czasem ktoś latami sobie radzi, nagle upada z wielkim hukiem i ogłasza bankructwo. Mimo krzywych min nauczycieli złożyłam też dokumenty do technikum ekonomicznego. Tak się składa, że moje technikum jest dokładnie na przeciwko tego liceum, z którego zrezygnowałam  :-D Tutaj już nawet nie chodziło o wynik. Zwyczajnie czułam, że to jest coś mojego; coś co sama wybrałam; coś co mnie interesuje. Jednocześnie cały czas miałam świadomość, że przecież jeśli mi się nie spodoba to, to była moja decyzja. Moja i tylko moja. I nigdy nie będę żałowała, że kogoś posłuchałam.

Kilka miesięcy temu miałam powtórkę z rozrywki. Jeśli mogę dać Wam dobrą radę: nie dawajcie rad osobom, które ich nie chcą. Kiedy Was pytają – odpowiadajcie, doradzajcie, dzielcie się swoim doświadczeniem, ale tylko wtedy. 
A jeśli jesteście po drugiej stronie – pytajcie, dużo pytajcie; ale tylko kiedy macie wątpliwości…

14482212_199923380428758_4791944168047902720_n

Muzyka i lawenda

Witajcie!  ;-) Miałam lekkie problemy z prądem i internetem przez te burze i wichury. Ale na szczęście w okolicy nie stało się nic poważnego…

W ubiegłym tygodniu uzależniłam się od piosenki „100″:



mogłam słuchać jej non stop. Z resztą podoba mi się większość utworów Sound’n'Grace. Są bardzo pozytywne, energiczne i odznaczają się na tle innych – moim zdaniem większość nowych produkcji jest robiona na jedno kopyto  :-( 

Już kiedyś wspominałam, że uwielbiam różne zapachy. Mam sporo świeczek zapachowych, ale ostatnio żadna nie chce się u mnie wypalić; każda gaśnie po chwili, dlatego postanowiłam kupić kadzidełka. Niestety moi domownicy kompletnie nie tolerują takich zapachów  :-| szkoda…
20170814_114109

A co nowego u Was?  ;-)

Dawno, dawno temu w Krainie Czarów

Do tej pory tylko raz zdarzyło mi się pisać o serialu i było to „Miasteczko Wayward Pines„; swoją drogą cały czas polecam każdemu kto lubi takie mroczne klimaty, a dzisiaj będzie coś z zupełnie innej półki. 

20170808_185453
Oglądałam ten serial już bardzo dawno, nie wiem jak to możliwe, że został przeze mnie pominięty… ale do rzeczy! Najważniejsze jest to, że go obejrzałam – mnie naprawdę wciągają tylko nieliczne seriale. Tasiemce odpadają już na samym początku, bo zdarza mi się zapomnieć, że w ogóle zabrałam się za oglądanie i kończę po kilku odcinkach… A „Once Upon A Time In Wonderland” ma tylko 13 odcinków  ;-) To jest zdecydowanie plus. 
Jak w ogóle trafiłam na ten serial? Otóż… W komentarzu L.B. poleciała mi obejrzenie…

komentarz1…innego serialu. Jeśli zaglądacie tu regularnie, to wiecie, że jestem strasznie roztrzepaną osobą i chyba nigdy bym się nie zorientowała, że oglądam nie to, gdyby mi ktoś tego nie uświadomił.

Uwielbiam takie bajkowe klimaty, ale o tym też wiecie  ;-) Jest cała masa motywów, do których mam dziwny sentyment i obejrzę wszystko, co z nimi związane. I prawie zawsze będzie mi się podobało…

Serialowa Alicja co jakiś czas wraca do Krainy Czarów; w domu postrzegana jest jako wariatka, jej ojciec układa sobie życie na nowo, a Alicję umieszcza w szpitalu psychiatrycznym. W Krainie Czarów poza Czerwoną Królową pojawia się jeszcze jeden „czarny charakter” – Jafar ( ten z „Alladyna”), który poszukuje Cyrusa – dżina, ukochanego naszej Alicji. Historia jest dość pogmatwana (to tylko spin off do „Once Upon A Time”; być może gdybym oglądała tamten serial, to nie byłaby taka skomplikowana, nie wiem :-D ).

Najbardziej podobał mi się brytyjski akcent Michaela Socha. Jest po prostu cudowny…  Z resztą Walet Kier to chyba moja ulubiona postać. Tak naprawdę jemu kibicowałam bardziej niż Alicji. Według mnie jest to świetna postać, o której bardzo dużo wiemy i naprawdę mamy szansę go polubić. Dodatkowo jest dość skomplikowany, nigdy do końca nie wiadomo, jak się zachowa, bo nie ma serca…

Moja ulubiona bohaterka to Lizard, która pojawiła się tylko w kilku odcinkach, a już zdobyła moją sympatię. W wersji polskiej – Mgiełka. 

Aktorsko zdecydowanie wyróżnia się Czerwona Królowa zagrana przez Emmę Rigby. Według mnie ma dość nietypową urodę; podobały mi się jej oba „wcielenia”. Postać Królowej się wyróżnia, ale Ana z retrospekcji też ma w sobie coś wyjątkowego. Chętnie obejrzałabym coś więcej z tymi aktorami.

Niewiele mam do powiedzenia na temat Alicji i Cyrusa, bo nawet jak na baśniowy serial było odrobinę zbyt…cukierkowo. To chyba dobre słowo…

Nie podobała mi się sztuczność Krainy Czarów. Za każdym razem, kiedy ktoś wędrował po Krainie, miałam wrażenie, że są po prostu wklejeni :-( A szkoda… 

Dziwi mnie to, co zrobiono z dwoma postaciami. Wszyscy inni są raczej dopracowani, ale to, jak wyglądają Jabberwocky i (nie pamiętam, czy w serialu pada jej imię) „Samara ze studni” jest dziwne…  :-?

Z całego serialu został mi w głowie cytat Jabberwocky:
„Nobody is born a monster. We are made”

Poza tymi kilkoma sprawami, które mi się nie podobały, serial jest naprawdę dobry  ;-) i polecam każdemu, kto lubi takie klimaty.
Podoba Wam się mój kot z Cheschire?