Piątek NIEtrzynastego

Zdarzały mi się już pechowe piątki trzynastego (choć oczywiście nie jestem osobą wierzącą w zabobony; ależ skąd! ). I wiecie co? Chyba będę takich wyczekiwała. Dlaczego? Bo przed takim dniem Cię ostrzeże: telewizja, radio, kalendarz. A kto Cię ostrzeże przed takim zwykłym pechowym dniem? Gdzie na szybko znajdziesz eliksir, który zmniejszy prawdopodobieństwo pechowym wypadków, no gdzie? Nigdzie!
Nie wiem, czy cokolwiek mi wyszło w ostatni piątek… Może tylko to, że nie poślizgnęłam się na mokrej podłodze (sama ją myłam, więc to by dopiero był pech).

Ale może wróćmy do początku… Nic nie wskazywało na to, że ten dzień będzie inny od pozostałych. Miał być taki jak co dzień, szary, przewidywalny; nawet nie narzekałabym, gdyby był nudny.
Poprosiłam o popołudniową zmianę, bo musiałam pojechać do szkoły po wyniki egzaminu zawodowego. Tak samo jak w przypadku matury wyniki już dawno sprawdziłam w internecie, ale dokument trzeba odebrać. I co? I okazało się, że będę musiała przyjechać jeszcze raz, bo to wciąż nie jest komplet dokumentów. Zwlekałam prawie dwa tygodnie z odebraniem, a teraz okazuje się, że najprawdopodobniej za tydzień muszę jechać jeszcze raz  :-( Nie wiem jeszcze jak to sobie zorganizuję, bo najbliższe tygodnie mam zapchane…
Trochę się wystraszyłam, bo powinnam dostać przelew na konto (bałam się, że nie dostarczyłam na czas dokumentów  8-O ); zestresowało mnie to… Przecież dla studenta każdy grosz jest ma wagę złota!
Jakby tego wszystkiego było mało moje autko zwariowało. Nie mam bladego pojęcia, co się stało. Gasły mi światła drogowe, świeciły wszystkie kontrolki po kolei, kiedy zatrzymałam się na stopie w ogóle mi zgasł… Coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz… Na szczęście odpalił, po jakichś pięciu kilometrach wszystko wróciło do normy. Zupełnie tak. jakby nic nigdy się nie działo.

I wiecie co Wam powiem? Na szczęście po każdym takim piątku przychodzi sobota, kiedy wszystko da się jakoś wyjaśnić…
Wysłane przeze mnie dokumenty dotarły, więc nie mam się o co martwić; mogę spać spokojnie.
A co do auta… Nie wiadomo. Oczywiście odwiedziłam mechanika; podłączył moje ferrari do komputera, wszystko posprawdzał i…I dowiedziałam się, że mam sprawne auto, z którym nie dzieje się nic  niepokojącego. Nie powiem – kamień z serca, ale nadal nie wiem, co to było. Nikt nie wie :-D a samochodzik śmiga tak jak zawsze.

Żeby było śmieszniej sobota była bardzo pechowym dniem dla mojej mamy  :-D Po prostu są takie chwile, kiedy najlepiej odpuścić, nie przejmować się, może nawet zahibernować (a dlaczego by nie? ;-)  ). Dzisiaj na przykład chętnie bym zahibernowała, bo przeziębienie zaczyna mnie rozkładać i czuję się okropnie… Najważniejsze, że poniedziałek już za nami! Poniedziałki nie bywają zbyt przyjemne… Mój zaczął się od tego, że zajechałam pod zamkniętą stację paliw. Wybrałam sobie jedyną stację w okolicy, która nie jest całodobowa. Pozytywna myśl – udało mi się dokulać do innej!

DSC02281

Kilka słów

Cześć! Witajcie! Ostatnio straciłam trochę wenę na pisanie, musiałam odrobinę odetchnąć, przemyśleć sobie o czym chcę dalej pisać i jak chcę pisać; odpowiedź na pytanie czy w ogóle chcę pisać była oczywista – chcę. Chcę, bo to zawsze było dla mnie ważne i nie sądzę, by kiedykolwiek ta jedna rzecz się zmieniła… Potrzebuję tylko trochę oddechu.

Pamiętacie jak niedawno pisałam o tym, że potrzebuję jakiegoś zajęcia? Znalazłam je, dostałam pracę. Przy okazji odkryłam, że mam jakieś dziwne podejście do życia, bo ja wszystko chciałabym robić na 100%, a kiedy mi się nie udaje (bo to oczywiste, że nie wszystko mi wychodzi) opadają mi skrzydła, bo ciągle nie bardzo potrafię znosić porażki; mało tego… Nie do końca potrafię znieść krytykę, nie lubię też sobie czegokolwiek zarzucać. Postanowiłam odnieść to odrobinę do bloga i (o ile nie zapomnieliście o tym miejscu tak, jak ja w ostatnich dniach) mam do Was pytanie. Co byście tutaj zmienili? Co Wam się nie podoba? O czym lubicie czytać Czego nie lubicie? I najważniejsze – co byście zmienili? 
Chętnie poczytałabym odpowiedzi na wasze pytania; jeśli chodzi o tematykę postów to zauważyłam, że zdecydowanie najbardziej podobają się Wam te, które piszę z największym trudem – te prosto z serducha. Ciągle pojawia się ich bardzo mało, bo nawet pisząc w cieniu internetowej „anonimowości” jest mi ciężko przygotowywać takie wpisy. 

I ostatnia rzecz; chyba jeszcze tego nie wiecie (nie przypominam sobie, żebym już o tym pisała…) dostałam się na moje wymarzone studia – kierunek obśmiany przez moich znajomych, przez większość nazywany kierunkiem kpiną, a jednak coś sprawiło, że tak bardzo  się go uczepiłam, że nie potrafiłam z niego zrezygnować wbrew zdrowemu rozsądkowi (a sami wiecie, że moje przeczucie już wiele razy okazało się dobre, więc i tym razem postanowiłam zaufać SOBIE). W związku z tym od października zaczynam studiować i po raz kolejny będę musiała dopasować sobie dobę do wszystkiego, co chcę zrobić. Możecie  mnie wszyscy kopnąć w tyłek tak, żebym ogarnęła się w miarę szybko?  :-D Macie jakieś swoje rady, tricki na to jak rozciągnąć 24 godziny? 

Pozdrawiam cieplutko! 

Lody na Manhattanie

Witajcie! :-D Pamiętacie Sienę, czyli miasto, w którym czas się zatrzymał? Dzisiaj…pozostaniemy w tym klimacie. Co prawda nie udało mi się odwiedzić Florencji, czego bardzo żałuję, ale poza Sieną odwiedziłam jeszcze jedno miasto Toskanii, które mnie urzekło. San Gimignano.

20170602_133027

Miasteczko rozwijało się prężnie, bo leżało na szlaku prowadzącym z Florencji do Sieny. Zaczęło podupadać, kiedy szlak handlowy je ominął. I co najważniejsze – dzięki temu pozostało takie, jakie jest i dzięki temu zachowało się kilka charakterystycznych wież.Kiedyś nad miastem górowały 72 czworokątne wieże – porównywane do dzisiejszych, nowojorskich drapaczy chmur. Niestety do dziś przetrwało ich tylko 14, ale trzeba przyznać; nawet ta liczba robi wrażenie, biorąc pod uwagę wiek zabytków!

20170602_160014

Nie wiem jak to się stało, ale prawie nie mam zdjęć z tego miasta  :-( Tak bardzo pochłonęły mnie widoki, że nie mam żadnej panoramy miasta.
No dobrze… Przyznaję, że nie tylko widoki mnie pochłonęły. Lody też. Sporo się naczekaliśmy za NAJLEPSZYMI LODAMI NA ŚWIECIE i było warto – naprawdę. Już nawet nie wspomnę o tym, że właściciel (chyba; tak myślę, że to był właściciel) stara się zamienić słowo z każdym w kolejce. A kolejka długa, oj długa… W każdym razie zapytał mnie po włosku, czy jestem z Florencji (bo przecież wyglądam, jakbym była…).

20170824_193500No dobrze… Poza widokami i jedzeniem lodów mój czas pochłonęły jeszcze zakupy, dlatego nie mam zdjęć  :-(

Czym jest Bullet Journal?

Wczoraj było o tym, że nie do końca potrafię ogarnąć swój wolny czas, a dzisiaj będzie o tym w jaki sposób próbuję to robić  :-D

Od kilku miesięcy (czyli jeszcze w czasie rok szkolnego) korzystam z Bullet Journal. Chociaż chyba słowo „korzystam” nie jest tutaj najodpowiedniejsze, raczej tworzę swój własny Bullet Journal.

Czym tak naprawdę jest BuJo?
Wiele osób używa sformułowania „spersonalizowany planer”, ale w moim przypadku (i jak sądzę nie tylko w moim) jest to po prostu zeszyt, w którym mogę sobie wszystko rozpisać, zaplanować itd. Niektórzy używają też segregatorów, w które później wpinają kartki z gotowym planem. W gotowych planerach nie mamy aż tyle pola do popisu, musimy dopasować się do tego, co już zostało zaprojektowane; tutaj wybieramy to, co dla nas najwygodniejsze. Wystarczy Ci plan miesięczny – super! Wolisz plany tygodniowe? – Rysujesz plan tygodniowy. Lubisz mieć rozplanowany każdy dzień? – Rozpisuj każdy dzień z osobna.

Dlaczego wybrałam planowanie w BuJo?
Naoglądałam się arcydzieł, które można znaleźć w internecie. Uwierzcie mi, niektóre zeszyty to dzieła sztuki, a nie zwykłe planery… Są osoby, które wszystko planują niesamowicie minimalistycznie, a i tak nie można tak po prostu odwrócić wzroku od ich prac. Inni używają mnóstwa kolorów, brokatów i wszystkiego, co znajdą i to też może być piękne. Dzięki temu planer staje się wyjątkowy.

Od czego zacząć?
Wiele osób wybiera zeszyty w kropki, które są dość drogie (w porównaniu do innych…). Im porządniejszy notes, tym droższy. Ale nie dajmy się zwariować! Najpierw trzeba zobaczyć, co tak naprawdę nam odpowiada – ciągle jestem w fazie testów  :-P , ciągle szukam najlepszych rozwiązań. 
Zaczęłam od zeszytu A5 z gładkimi kartkami, wykorzystałam nie używaną wcześniej okładkę na notatnik i taki zeszyt służył mi przez 3 miesiące (wystarczyłby na 4, ale już nie mogłam się doczekać nowego notatnika…). Nie wiem, ile kosztowała okładka, bo ją dostałam, ale zwykły zeszyt A5 to nie jest ogromny wydatek; czyli naprawdę nie trzeba wydawać majątku. 
20170816_193128
Teraz korzystam już z kolejnego notatnika. Właściwie pamiętnika… To jest pamiętnik, na każdej stronie jest miejsce na datę i numer strony (te zeszyty w kropki też zazwyczaj mają numerowane strony) i jest w linie. Jestem osobą, która nienawidzi zeszytów w linie. Nawet notatki na język polski często robiłam na kartkach w kratkę i później wklejałam… Ale… Jak testować to konkretnie. Na początku bardzo mnie denerwowało to, że linie jednak mnie odrobinę ograniczają. Teraz twierdzę, że dzięki nim wymyśliłam wiele nowych rozwiązań, których nie wymyśliłabym mając absolutną dowolność.
Zaczynając miałam jeszcze czarny długopis (bo ja uwielbiam czarne długopisy; nie wiem dlaczego zawsze w szkole używałam niebieskiego…). 
Wydaje mi się, że warto spróbować…

Na koniec jeszcze chcę tylko dodać od siebie, że na pewno jest to sposób dla każdego, kto lubi się wyżyć kreatywnie. Naprawdę polecam usiąść raz dziennie z pisakiem, kredką, ołówkiem, czymkolwiek, spisać sobie co trzeba zrobić następnego dnia i może wymyślić jakieś upiększenie strony?  :-P Kiedy miałam bardziej stresujący czas, to mnie naprawdę odprężało.

Nie potrafię odpocząć

Mamy kolejny poniedziałek! Cały czas byłam przekonana, że poniedziałki są okropne tylko wtedy, kiedy idziemy do szkoły, pracy, itp. Właśnie sobie uświadomiłam, że to bzdura… :-D U mnie jesień ma się coraz lepiej, krople deszczu cicho uderzają o parapet z krótkimi przerwami na ulewę, wtedy uderzają dość głośno. Zawsze staram się, żeby w poniedziałek pojawiał się post o tym, co u mnie. Tak bardzo nie chce mi się pisać o tym, co mnie stresuje, co mnie denerwuje, bo jak pisałam niedawno – narzekanie i tak nic nie da. Mam wrażenie, że tylko pogarsza sytuację. 

Uświadomiłam sobie, że nie potrafię odpoczywać. Cały czas jestem w domu, mogę dowolnie zarządzać swoim czasem i nie mam obowiązków; a mimo to jestem bardziej zmęczona niż w czasie roku szkolnego. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do funkcjonowania w ten sposób i organizowania sobie czasu po szkole, że teraz mając do dyspozycji cały dzień, robię bardzo niewiele. Możecie mi przesłać w komentarzach OGROMNEGO kopniaka, może mnie to trochę zmotywuje :-D To jest dla mnie taki syndrom weekendu – w tygodniu zrobić wszystko co się da, a weekend to czas na słodkie lenistwo. Zauważyłam też, że jeżeli chociaż coś danego dnia pójdzie po mojej myśli i zrobię COŚ, cokolwiek to od razu mam lepszy humor, daje mi to satysfakcję.

Oczywiście nie mogę powiedzieć, że cały ten czas zmarnowałam, bo tak nie jest… Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, kilku się nauczyłam, WRESZCIE spotkałam się ze znajomymi, których nie widziałam całe wieki. Zauważyłam też, że jestem strasznie zależna od pogody… Im ładniejszy dzień, tym bardziej produktywny.  W takie dni jak dzisiaj – mam ochotę zahibernować…