Nie warto odkładać na potem

Od dłuższego czasu odwlekałam napisanie kilku „pseudorecenzji” (co to za recenzja skoro większość książek mi się podoba?  ;-) ) i chyba przesadziłam z odkładaniem tego na później. Nie martwiłam się rosnącą liczbą książek o statusie „przeczytane, ale jeszcze nie na blogu”, bo miałam specjalny zeszyt, w którym były bezpiecznie zanotowane wszystkie moje przemyślenia (pisane „na świeżo”), cytaty, które zwróciły moją uwagę, ogólna ocena każdej książki (zawsze mówiłam, że nie będę tego robić, ale jednak się postarałam i zaczęłam je porównywać między sobą) oraz miałam tam zapisaną ilość stron każdej przeczytanej, ewentualnie tyle ile dałam radę, kiedy któryś tytuł mi szedł.
Ktoś tu twierdzi, że na papierze bezpieczniej niż na dysku? Nic bardziej mylnego… Gdzieś ten magiczny zeszycik posiałam. W jednej chwili go miałam, a w drugiej już nie. Niemożliwe, żebym zostawiła go gdzieś poza domem, bo jestem pewna, że to w domu miałam go po raz ostatni. Przeszukałam wszystkie miejsca, w które zazwyczaj go chowam i…powiem Wam, że tym razem postarałam się bardziej niż zwykle z jego ułożeniem. Nie mam pojęcia, gdzie może być. „Chcesz coś zrobić dobrze? Zrób to sam!”. Obawiam się, że mogę go już nie znaleźć… Jeszcze się nie zniechęcam i ciągle szukam, ale z marnym skutkiem.

Też zdarza Wam się coś tak schować? Bo ja należę do osób, którym zdarza się to dość często… Tyle, że zazwyczaj znajduję po 2 minutach od zrobienia paniki…

Czy naprawdę było aż tak źle?

Opowiadałam Wam już kiedyś o mojej podstawówce, przyszedł czas na gimnazjum. Uważam, że budynek i jego nazwa nie wpływają na zachowanie przebywających w nim osób, ale nie chcę wnikać w całą tę wojnę, która się teraz toczy. 
Te 3 lata sporo mi dały, zdecydowanie wpłynęły na to, kim jestem dzisiaj. Przede wszystkim rozwijałam dalej swoje pasję – jeśli chodzi o grę na gitarze, to jestem samoukiem, a moją pierwszą gitarę dostałam jeszcze w podstawówce, ale w gimnazjum przez prawie dwa lata chodziłam na zajęcia, podczas których pani od muzyki dawała mi rady i materiały do ćwiczeń.
Gdybym miała podsumować ten czas jednym słowem, byłaby to „zmiana”. Zmiana otoczenia dodała mi odrobinę pewności siebie, miałam za sobą nowe doświadczenie i poznałam wielu nowych ludzi, co było dla mnie bardzo ważne. Zazwyczaj stawia się gimnazja w nie najlepszym świetle. Może trafiłam na jakiś wyjątkowy czas? Albo na wyjątkową grupę? Byliśmy bardzo różni, mieliśmy rozmaite zainteresowania, obracaliśmy się w zupełnie innym towarzystwie, a mimo to każdy z każdym potrafił zamienić słowo, każdy był równy, wymienialiśmy się nie tylko dobrym słowem, ale też spostrzeżeniami. W tym czasie „wyleczyłam się” z wielu kompleksów, bo byłam akceptowana taka, jaka byłam. Dopiero po tych trzech latach coś się zaczęło psuć i ten czas był gorszy, trochę kontaktów się posypało, ale to była kwestia ostatnich dwóch miesięcy… 
Zaczęłam zwracać uwagę na to, jaką osoba jestem. Zobaczyłam, że na tym polu mam trochę do zrobienia. Czy jestem lepszą osobą niż wtedy? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Wydaje mi się, że tak. 
Poza tym to był czas tych pierwszych zauroczeń i tej pierwszej miłości trwalszej niż kilka tygodni. Tej, która trwa do dzisiaj.
I wiecie co? Tę szkołę też skończyłam z wyróżnieniem. A mój najsłabszy wynik z egzaminów to i tak było ponad 70% (z przyrody  :-D), więc chyba jednak nie było aż takiej różnicy, jaką zapowiadali mi życzliwi prorocy, twierdzący, że sobie nie poradzę…

Pierwszy Book Haul na blogu.

Witajcie! Ostatnio mam trochę zabiegany czas… Tak sobie żyję od matury do matury  ;-) i raczej staram się coś jeszcze przypomnieć, powtórzyć itd., ale postaram się ze wszystkich sił ogarnąć i pisać częściej. W zeszłym tygodniu też był taki plan, ale wyszło jak zawsze…

Właśnie sobie uświadomiłam, jak wiele nowych książek pojawiło się na moich półkach (właściwie to nie na półkach, bo już się tam nie mieszczą…). Staram się czytać w takiej kolejności w jakiej je kupiłam, czyli od „najstarszej” do „najnowszej”, więc te pewnie będą musiały poczekać parę lat… Miałam takie postanowienie, żeby nie kupować za dużo i naprawdę nie kupiłam. Z całej tej kolekcji tylko jedna była takim prawdziwym zakupem, reszta to nagrody albo efekt gwiazdkowych kart prezentowych – i tak musiałam za to kupić książki; jeszcze mi zostało na jakieś dwa tytuły… W sumie na kartach uzbierałam prawie 200zł, a i tak za jedną kupiłam płytę i nie wszystko poszło na książki…

Book Haul1. „Ekspozycja” Remigiusz Mróz – tą książkę wypatrzyłam na kiermaszu książek w pewnym markecie i to właśnie jest ta jedna, którą kupiłam. Nie mogłam się powstrzymać kupieniu czegoś autorstwa „mistrza Mroza”, o którym jest tak głośno. Miałam jeszcze na oku „Tylko martwi nie kłamią” Bondy, ale ktoś mi ją zgarnął  :-|

2. „Ich schenk’ dir eine Geschichte. Neue Reisegeschichten” – jeśli się nie mylę jest to jedno z wielu opowiadań wydanych w ramach akcji czytelniczej na światowy dzień książki. Właściwie tę też kupiłam, ale dałam za nią mniej niż za paczkę chipsów. Zdarza mi się kupować książki w językach obcych w second handach i to jest jedna z nich.

3. „Ja, Blanka” Ewa Barańska – tą książkę dostałam za występ na festiwalu w jednej ze szkół podstawowych w mojej okolicy. Książka może nie do końca dla mnie, dlatego wylądowała u mojej siostry.

4. „Szkoła, balet, całus przez komórkę” Sissi Flegel – to samo co wyżej  ;-)

5. „Egzamin z tajemnicy” Iga Karst – książka dla siostry, zapłacona kartą podarunkową.

6. „Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk – jeszcze pachnie księgarnią, bo wybrałam ją wczoraj, można ją zaliczyć do prezentów gwiazdkowych, bo też „zapłaciłam” kartą podarunkową.

7. „Noc Kupały” Katarzyna Berenika Miszczuk – to samo co wyżej. Kontynuacja „Szeptuchy”. Strasznie mnie kuszą te okładki…

8 i 9 „Pamiętniki Wampirów” L. J. Smith – Pierwszą część kupiłam już dawno na wakacjach (jeszcze jej nie przeczytałam), podobno seria jest całkiem wciągająca. W dodatku to wydanie z jakichś powodów zawsze jest na przecenie. Tak samo jak za poprzednie zapłaciłam kartą.

10. „Mądrzej, szybciej, lepiej. Sekret efektywności” Charles Duhigg – tę dostałam na zakończeniu roku szkolnego z wpisem „Powodzenia na maturze”. No zobaczymy…

11. „Zamiast suplementów” – tak jak poprzednią dostałam na zakończeniu za zaangażowanie w szkole i za to, że byłam w składzie pocztu sztandarowego. Bardzo mi się podoba graficznie i są w niej przepisy na same smakowitości, pewnie nie raz po nią sięgnę, żeby coś wypróbować.

12. „Hiszpański w tłumaczeniach” – również dostałam ją na zakończeniu roku szkolnego. Już wcześniej widziałam tę książkę; uważam, że jest bardzo ciekawie przygotowana i że naprawdę dobrze będzie mi się z niej korzystać.

Znacie którąś z nich?  ;-)

O marnowaniu dzieciństwa…

O systemie edukacji zawsze jest co powiedzieć; każdy ma inne zdanie, na dodatek dopatrujemy się różnic, kierujemy się tym, co wypaliło w innych krajach, itd. Już od jakiegoś czasu chciałam co nieco na ten temat napisać, ale nie wiedziałam jak ten temat ugryźć i chyba wreszcie znalazłam sposób!  ;-) - Chcę Wam po prostu opowiedzieć, jak to wygląda z mojej perspektywy.

Zacznę od tego, że już od wielu lat cała edukacja jest przewracana to w jedną, to w drugą stronę i ciągle coś jest nie tak. Każdy chce lepiej, zazwyczaj wychodzi gorzej; ale tak to już w życiu bywa, prawda? Problem tkwi w tym, że tutaj (według mnie) nie ma miejsca na eksperymenty. Nie można pozwolić na to, żeby jakieś pokolenie miało poważne braki, bo akurat wdrażali nową podstawę programową, a coś takiego dzieje się…bo ja wiem, co 4 lata? Może co 5. Jestem młodą osóbką, ale sporo takich rewolucji już doświadczyłam.

Może zacznę od samych początków. Byłam strasznie uparta, chciałam iść do szkoły, bo moi koledzy byli rok lub dwa lata starsi i nudziłoby mi się bez ich towarzystwa. Jako pięciolatek dumnie wkroczyłam do „zerówki”. Początkowy plan był taki, żebym była tam przez dwa lata i zrównała się z moim rocznikiem. Jak na uparciucha przystało oświadczyłam rodzicom, że ja nigdzie nie zostaję i że to wstyd „kiblować” na samym początku. Przeżyłam coś, czego dzisiaj dzieciaki już raczej nie doświadczą (na szczęście). Mianowicie – nie wystarczył mój upór (kto by się spodziewał…), zgoda rodziców, zgoda wychowawczyni niestety też nie i musiałam przejść testy psychologiczne. Do końca życia będę pamiętać ten koszmar  ;-) Wyobraźcie sobie pięciolatka, który ma wysiedzieć +/- dwie godziny pod ostrzałem pytań tak banalnych, że zaczyna się zastanawiać, czy czasem nie robią sobie z niego żartów. Mało tego. Ten pięciolatek wychodzi i dowiaduje się, że ma przed sobą jeszcze co najmniej pół godziny czekania, bo teraz muszą porozmawiać z rodzicami  :roll:
Denerwuje mnie, gdy ktoś mówi, że sześciolatki są za małe na pierwszą klasę. Uściślają są to ataki na moich rodziców, bo „zniszczyli mi dzieciństwo”. Ale dlaczego? Bo dali mi szansę, żebym się rozwijała? Wydaje mi się, że to był dla mnie odpowiedni czas, żeby pójść do szkoły. W dodatku przez dwa lata musiałabym pracować na tych samych podręcznikach; robiłabym te zadania z ogromnym znudzeniem.
Moja młodsza siostra zaczynała szkołę akurat wtedy, kiedy pojawiła się nowa podstawa programowa (ta która uszczupliła odrobinę materiału) i w momencie, kiedy poszła do pierwszej klasy, wydawnictwa wykazały się ogromnym lenistwem i zamiast opracować coś nowego przerzuciły te same zadania i czytanki z książki do zerówki do książki obowiązującej w pierwszej klasie. Jeśli ktoś poszedł do zerówki i był tam dwa lata (jak to czasem się zdarza w małych szkołach) to przez trzy lata robił wciąż to samo. Dobra zachęta, prawda?
Każdy z nas ma zupełnie inne predyspozycje i ja zdaję sobie z tego sprawę. Może zamiast coś narzucać i obrzucać się obelgami rodzice powinni przyjrzeć się swojemu dziecku i zobaczyć, czy czasem nie tłamszą go zbyt łatwe lub zbyt trudne zadania? Wiem jaka jestem, wiem jaka byłam i uważam, że gdyby moi rodzice posłuchali tych wszystkich dobrych doradców to dopiero wtedy byłaby to w pewnym sensie krzywda dla mnie. Jestem dumna z tego, że podjęli taką decyzję mimo tych kpiących głosów mądrości. Z resztą nie po to poświęcali mi czas, rozwijali moją ciekawość do świata i odpowiadali na miliony pytań,  żeby podciąć mi skrzydła na samym starcie.

Właśnie sobie uświadomiłam, że mam do napisania tyle, że jeden post na to nie wystarczy i będzie musiało być tego dużo, dużo więcej. To są moje przemyślenia związane z samymi początkami. Coś czuję, że o ile Was ten temat zainteresuje to będą to tasiemce…

Kwiecień w skrócie

Strasznie bałam się tego dnia, w którym będę musiała tak nazwać post… Powiedzcie mi, kiedy minęły te cztery miesiące 2017 roku? Bo ja nie mam pojęcia, zupełnie jakby przeciekły mi przez palce i nie zostawiły po sobie żadnego śladu. No może jeden ślad… W postaci świadectwa ukończenia technikum. Jeden, ale za to dość ważny. Co tu dużo mówić? W ogóle ostatnie lata minęły mi tak szybko, że prawie tego nie dostrzegłam. Ale dziś nie o tym!  :-D
Już się przyzwyczaiłam do tego, że co miesiąc piszę o tym, jak to mało udało mi się napisać. Może po prostu mam gorszy czas, który będzie trzeba przeczekać, zanim wena wróci?  ;-) W każdym razie nie będę się tym martwić (i tak zapisuję sobie wszystko, o czym chcę napisać, żeby nic mi nie umknęło i staram się o tych ważnych rzeczach wspomnieć choćby jednym zdaniem).

Co działo się na blogu w tym miesiącu?  ;-)

Wysłałam zdjęcie na konkurs fotograficzny (link do bloga organizatorki tego konkursu – klik), udało mi się wygrać paczkę pełną obłędnie pachnących kosmetyków. A zdjęcie było moją odpowiedzią na hasło „Szczęście”.
"Po prostu muzyka"
Jeśli chodzi o muzykę to jest cała masa piosenek, które za mną „chodziły” w kwietniu. Też macie tak, że jak już jakaś się uczepi to prześladuje Was na każdym kroku w dzień i w nocy?  ;-) Aż łezka mi się w oku kręci:


Najlepszy film jaki obejrzałam w tym miesiącu to hiszpańska wersja „Wybacz, ale będę Ci mówiła Skarbie”. Poza tym jestem z siebie dumna – w kwietniu obejrzałam pierwsze filmy po hiszpańsku  :-P Nadal nie umiem nic powiedzieć, ale przynajmniej coś rozumiem – jest nadzieja! 


Za to film, który najbardziej mnie zmęczył to „Dlaczego on”. Może to przez to, że zupełnie nie miałam humoru w dniu, kiedy go oglądałam? Sama nie wiem… Mógłby być naprawdę śmieszny, ale jakoś tak…Wydał mi się po prostu głupi. Oglądaliście? Może macie inne zdanie? Tak jak pisałam, miałam straszny dzień i te żarty zupełnie mnie przygniotły, zamiast podnieść na duchu  :-|


Jestem na siebie zła o to, że znów przez cały miesiąc nie napisałam o żadnej książce! Paradoksalnie ostatnio czytam więcej niż kiedykolwiek od czasu założenia bloga  :cry: Zastanawiam się czy nie zrobić takiego zbiorowego postu, żeby nie mieć w tym temacie tyle zaległości, jeszcze trochę i nie będę pamiętała, co o której chciałam napisać. A jest o czym pisać, bo od lutego chyba nie pojawił się żaden wpis o książkach…
Za to trafiłam na kolejne funfiction, jak to z moim szczęściem – niedokończone, zapomniane po drugim rozdziale. W każdym razie, jeśli znacie „Upiora w operze” to przeczytanie tych dwóch krótkich rozdziałów na pewno Wam nie zaszkodzi  ;-)„Sztuka zapomnienia”.

Pozdrawiam!  :-D
~Leseratte