O czym marzysz?

Czasami dobrze jest dostać od rzeczywistości prosto w twarz. Zdać sobie sprawę z oczywistych rzeczy, które zakopaliśmy gdzieś w podświadomości; być może dlatego, że tak jest wygodniej? 
Właśnie kilka dni zostałam spoliczkowana pytaniem „O czym marzysz?”. Wydaje się proste, bo przecież wiem, dokąd idę i po co (a przynajmniej wydaje mi się, że wiem po co tam idę). Spokojnie możemy wyróżnić różne kategorie, w których chcemy się realizować, w których stawiamy sobie pojedyncze cele. Dla mnie zdecydowanie będzie to praca nad sobą, wzmacnianie więzi z bliskimi mi osobami, zdobywanie nowych umiejętności i kwalifikacji, szukanie ciekawej pracy. Obraz (11)

Każdy z nas jest inny, ma inne priorytety i swoją mapkę. 
Jeśli chodzi o moją pracę nad sobą, to zawsze wyznaczam sobie jeden cel i staram siebie pilnować. Nie linczuję się, kiedy mi się nie udaje, bo to nie miałoby sensu. Po potknięciu zwyczajnie zaczynam od nowa. 
Staram się mieć czas (i cierpliwość  :-P )  do znajomych; zarówno z jednym jak i z drugim bywa różnie…
Hiszpańskie przysłowie „A la cama no te irás sin saber una cosa más”, które głosi, żeby (dosłownie) nie iść do łóżka, jeśli nie nauczyło się choć jednej rzeczy, mogłoby być moim mottem. Uwielbiam je. 
Z pracą mam mały problem, bo studiuję dziennie, więc nie mam na nią zbyt wiele czasu, ale z drugiej strony jestem człowiekiem, który potrafi się cieszyć każdym zajęciem, którego może się złapać (i każdym groszem, który może za to dostać  :-D ).
Staram się stawiać małe kroczki w każdej z tych kategorii, bo one będą podstawą do tego, żeby moje życie było takie, jakie sobie wymarzyłam.

I nagle wszystkie te moje codzienne starania okazują się zarazem błahe…i strasznie wydumane. Wystarczyło zestawić je z marzeniami, które mają ludzie w moim wieku, żyjący w Rwandzie. 
Raz na jakiś czas dobrze jest uświadomić sobie, jakimi jesteśmy szczęściarzami. Właśnie dlatego, że mamy to, co mamy. A dostało nam się bardzo wiele. 
Myślę, że doskonale rozumiecie, jakie uczucie mi towarzyszy. Przecież wiem, że na świecie są miejsca, gdzie panuje  głód. Przecież wiem, że są kraje, gdzie rację ma silniejszy fizycznie. Przecież wiem, że pod niektórymi szerokościami geograficznymi nie mogłabym się swobodnie wypowiadać, nie mogłabym mieć własnego zdania, nie dostałabym szansy na zdobywanie wiedzy, tylko dlatego, że jestem kobietą. A mimo to na co dzień o tym nie pamiętam. Marudzę i narzekam, bo jestem zmęczona, zabiegana, bo coś nie idzie po mojej myśli. 

Wiem, że ten post nic nie zmienia. Po prostu warto sobie o tym przypomnieć; nie ważne ile takich wpisów powstanie. Ważne, żeby choć raz na jakiś czas pomyśleć o tym, o czym łatwiej nie myśleć…

Jak przeżyć jesienne poranki

Wiecie czego bym sobie życzyła? Żeby każdy mój dzień zaczynał się dobrze. Z wieczorami bywa różnie, czasem jesteśmy okropnie zmęczenia, czasami przygnieceni problemami, czasem zwyczajnie mamy dość. Tylko wiecie co? Każdy dzień jest nową szansą, daje nam całą masę możliwości. Trzeba tylko chcieć je znaleźć.
Kiedyś wyśmiewałam rady w stylu „Uśmiechnij się, a Twój dzień będzie lepszy”. Mam wrażenie, że to było dawno demu. Kiedy nie lubiłam siebie, nie bardzo lubiłam innych i w ogóle rzadko się śmiałam. Bo to taka beznadziejna rada. Przecież nie spowoduje, że zniknie choroba, poprawią się nasze relacje z bliskimi. Ale wiecie co? Taki banał naprawdę może dodać siły, power’a na pół dnia. Jeśli od rana spotykamy skwaszonych ludzi, którzy mają same pretensje do wszystkich i o wszystko, nam też z pewnością się udzieli. Więc może warto zadbać o swój humor od rana?  ;-) I posłać tym wszystkim marudom uśmiech, który spowoduje, że będzie im choć trochę weselej? Albo doprowadzi ich do szewskiej pasji i spowoduje, że sobie pójdą…

20170925_173256

Nie wyobrażam sobie poranka bez kawy. Nie ważne czy mocnej czy słabej. Musi być kawa. Gorąca. Taka, żeby parzyła w język. Żebym wiedziała, że wypiłam gorącą kawę. Ostatnio każda filiżanka jest dla mnie wyjątkowa, bo staram się ją trochę ograniczyć. Czułam, że coś ze mną nie w porządku i po zmniejszeniu ilości kawy zdecydowanie się poprawiło. Teraz piję jedną rano, jedną na przerwie w pracy (albo dopiero po powrocie do domu, ale wtedy zazwyczaj zasypiam, zanim ją wypiję) i ostatnią piję już dużo później, ale to taka moja ulubiona z bardzo dużą ilością mleka. Właściwie to już nie jest kawa z mlekiem; to jest bardziej mleko z kawą.

Być może pamiętacie (albo nie pamiętacie) uwielbiam wszelkiego rodzaju listy i każdego dnia mam swoją listę rzeczy do zrobienia. Albo robię ja wieczorem, a rano siadam do niej z czystym umysłem i poprawiam tak żeby realne było zrobienie choć połowy z tego, co wymyśliłam wcześniej. Albo robię ją dopiero rano; wtedy zazwyczaj jest krótka i niekompletna, później muszę ją poprawić po powrocie.

Wiecie co motywuje mnie najbardziej? To że mam coś do zrobienia. W wakacje porządnie odpoczęłam, ale uważam, że za dużo czasu zmarnowałam. Mogłam sobie postawić jakiś cel i lepiej zaplanować dni. Najbardziej efektywnie działam wtedy, kiedy mam wiele do zrobienia. Wiele osób nie wie wtedy, za co ma się zabrać, a ja siadam i robię wszystko po kolei. Za to kiedy mam do zrobienia tylko jedną rzecz, to najprawdopodobniej jej nie zrobię…

I tak naprawdę to chyba wszystko, bo raczej nie jestem rannym ptaszkiem. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi siedzenie do późna, bo wieczorami nie odczuwam zmęczenia. Za to rano każda sekunda snu jest dla mnie na wagę złota…
A jakie są wasze sposoby na jesienne poranki?

Piątek NIEtrzynastego

Zdarzały mi się już pechowe piątki trzynastego (choć oczywiście nie jestem osobą wierzącą w zabobony; ależ skąd! ). I wiecie co? Chyba będę takich wyczekiwała. Dlaczego? Bo przed takim dniem Cię ostrzeże: telewizja, radio, kalendarz. A kto Cię ostrzeże przed takim zwykłym pechowym dniem? Gdzie na szybko znajdziesz eliksir, który zmniejszy prawdopodobieństwo pechowym wypadków, no gdzie? Nigdzie!
Nie wiem, czy cokolwiek mi wyszło w ostatni piątek… Może tylko to, że nie poślizgnęłam się na mokrej podłodze (sama ją myłam, więc to by dopiero był pech).

Ale może wróćmy do początku… Nic nie wskazywało na to, że ten dzień będzie inny od pozostałych. Miał być taki jak co dzień, szary, przewidywalny; nawet nie narzekałabym, gdyby był nudny.
Poprosiłam o popołudniową zmianę, bo musiałam pojechać do szkoły po wyniki egzaminu zawodowego. Tak samo jak w przypadku matury wyniki już dawno sprawdziłam w internecie, ale dokument trzeba odebrać. I co? I okazało się, że będę musiała przyjechać jeszcze raz, bo to wciąż nie jest komplet dokumentów. Zwlekałam prawie dwa tygodnie z odebraniem, a teraz okazuje się, że najprawdopodobniej za tydzień muszę jechać jeszcze raz  :-( Nie wiem jeszcze jak to sobie zorganizuję, bo najbliższe tygodnie mam zapchane…
Trochę się wystraszyłam, bo powinnam dostać przelew na konto (bałam się, że nie dostarczyłam na czas dokumentów  8-O ); zestresowało mnie to… Przecież dla studenta każdy grosz jest ma wagę złota!
Jakby tego wszystkiego było mało moje autko zwariowało. Nie mam bladego pojęcia, co się stało. Gasły mi światła drogowe, świeciły wszystkie kontrolki po kolei, kiedy zatrzymałam się na stopie w ogóle mi zgasł… Coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz… Na szczęście odpalił, po jakichś pięciu kilometrach wszystko wróciło do normy. Zupełnie tak. jakby nic nigdy się nie działo.

I wiecie co Wam powiem? Na szczęście po każdym takim piątku przychodzi sobota, kiedy wszystko da się jakoś wyjaśnić…
Wysłane przeze mnie dokumenty dotarły, więc nie mam się o co martwić; mogę spać spokojnie.
A co do auta… Nie wiadomo. Oczywiście odwiedziłam mechanika; podłączył moje ferrari do komputera, wszystko posprawdzał i…I dowiedziałam się, że mam sprawne auto, z którym nie dzieje się nic  niepokojącego. Nie powiem – kamień z serca, ale nadal nie wiem, co to było. Nikt nie wie :-D a samochodzik śmiga tak jak zawsze.

Żeby było śmieszniej sobota była bardzo pechowym dniem dla mojej mamy  :-D Po prostu są takie chwile, kiedy najlepiej odpuścić, nie przejmować się, może nawet zahibernować (a dlaczego by nie? ;-)  ). Dzisiaj na przykład chętnie bym zahibernowała, bo przeziębienie zaczyna mnie rozkładać i czuję się okropnie… Najważniejsze, że poniedziałek już za nami! Poniedziałki nie bywają zbyt przyjemne… Mój zaczął się od tego, że zajechałam pod zamkniętą stację paliw. Wybrałam sobie jedyną stację w okolicy, która nie jest całodobowa. Pozytywna myśl – udało mi się dokulać do innej!

DSC02281

Czym jest Bullet Journal?

Wczoraj było o tym, że nie do końca potrafię ogarnąć swój wolny czas, a dzisiaj będzie o tym w jaki sposób próbuję to robić  :-D

Od kilku miesięcy (czyli jeszcze w czasie rok szkolnego) korzystam z Bullet Journal. Chociaż chyba słowo „korzystam” nie jest tutaj najodpowiedniejsze, raczej tworzę swój własny Bullet Journal.

Czym tak naprawdę jest BuJo?
Wiele osób używa sformułowania „spersonalizowany planer”, ale w moim przypadku (i jak sądzę nie tylko w moim) jest to po prostu zeszyt, w którym mogę sobie wszystko rozpisać, zaplanować itd. Niektórzy używają też segregatorów, w które później wpinają kartki z gotowym planem. W gotowych planerach nie mamy aż tyle pola do popisu, musimy dopasować się do tego, co już zostało zaprojektowane; tutaj wybieramy to, co dla nas najwygodniejsze. Wystarczy Ci plan miesięczny – super! Wolisz plany tygodniowe? – Rysujesz plan tygodniowy. Lubisz mieć rozplanowany każdy dzień? – Rozpisuj każdy dzień z osobna.

Dlaczego wybrałam planowanie w BuJo?
Naoglądałam się arcydzieł, które można znaleźć w internecie. Uwierzcie mi, niektóre zeszyty to dzieła sztuki, a nie zwykłe planery… Są osoby, które wszystko planują niesamowicie minimalistycznie, a i tak nie można tak po prostu odwrócić wzroku od ich prac. Inni używają mnóstwa kolorów, brokatów i wszystkiego, co znajdą i to też może być piękne. Dzięki temu planer staje się wyjątkowy.

Od czego zacząć?
Wiele osób wybiera zeszyty w kropki, które są dość drogie (w porównaniu do innych…). Im porządniejszy notes, tym droższy. Ale nie dajmy się zwariować! Najpierw trzeba zobaczyć, co tak naprawdę nam odpowiada – ciągle jestem w fazie testów  :-P , ciągle szukam najlepszych rozwiązań. 
Zaczęłam od zeszytu A5 z gładkimi kartkami, wykorzystałam nie używaną wcześniej okładkę na notatnik i taki zeszyt służył mi przez 3 miesiące (wystarczyłby na 4, ale już nie mogłam się doczekać nowego notatnika…). Nie wiem, ile kosztowała okładka, bo ją dostałam, ale zwykły zeszyt A5 to nie jest ogromny wydatek; czyli naprawdę nie trzeba wydawać majątku. 
20170816_193128
Teraz korzystam już z kolejnego notatnika. Właściwie pamiętnika… To jest pamiętnik, na każdej stronie jest miejsce na datę i numer strony (te zeszyty w kropki też zazwyczaj mają numerowane strony) i jest w linie. Jestem osobą, która nienawidzi zeszytów w linie. Nawet notatki na język polski często robiłam na kartkach w kratkę i później wklejałam… Ale… Jak testować to konkretnie. Na początku bardzo mnie denerwowało to, że linie jednak mnie odrobinę ograniczają. Teraz twierdzę, że dzięki nim wymyśliłam wiele nowych rozwiązań, których nie wymyśliłabym mając absolutną dowolność.
Zaczynając miałam jeszcze czarny długopis (bo ja uwielbiam czarne długopisy; nie wiem dlaczego zawsze w szkole używałam niebieskiego…). 
Wydaje mi się, że warto spróbować…

Na koniec jeszcze chcę tylko dodać od siebie, że na pewno jest to sposób dla każdego, kto lubi się wyżyć kreatywnie. Naprawdę polecam usiąść raz dziennie z pisakiem, kredką, ołówkiem, czymkolwiek, spisać sobie co trzeba zrobić następnego dnia i może wymyślić jakieś upiększenie strony?  :-P Kiedy miałam bardziej stresujący czas, to mnie naprawdę odprężało.

Nie potrafię odpocząć

Mamy kolejny poniedziałek! Cały czas byłam przekonana, że poniedziałki są okropne tylko wtedy, kiedy idziemy do szkoły, pracy, itp. Właśnie sobie uświadomiłam, że to bzdura… :-D U mnie jesień ma się coraz lepiej, krople deszczu cicho uderzają o parapet z krótkimi przerwami na ulewę, wtedy uderzają dość głośno. Zawsze staram się, żeby w poniedziałek pojawiał się post o tym, co u mnie. Tak bardzo nie chce mi się pisać o tym, co mnie stresuje, co mnie denerwuje, bo jak pisałam niedawno – narzekanie i tak nic nie da. Mam wrażenie, że tylko pogarsza sytuację. 

Uświadomiłam sobie, że nie potrafię odpoczywać. Cały czas jestem w domu, mogę dowolnie zarządzać swoim czasem i nie mam obowiązków; a mimo to jestem bardziej zmęczona niż w czasie roku szkolnego. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do funkcjonowania w ten sposób i organizowania sobie czasu po szkole, że teraz mając do dyspozycji cały dzień, robię bardzo niewiele. Możecie mi przesłać w komentarzach OGROMNEGO kopniaka, może mnie to trochę zmotywuje :-D To jest dla mnie taki syndrom weekendu – w tygodniu zrobić wszystko co się da, a weekend to czas na słodkie lenistwo. Zauważyłam też, że jeżeli chociaż coś danego dnia pójdzie po mojej myśli i zrobię COŚ, cokolwiek to od razu mam lepszy humor, daje mi to satysfakcję.

Oczywiście nie mogę powiedzieć, że cały ten czas zmarnowałam, bo tak nie jest… Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, kilku się nauczyłam, WRESZCIE spotkałam się ze znajomymi, których nie widziałam całe wieki. Zauważyłam też, że jestem strasznie zależna od pogody… Im ładniejszy dzień, tym bardziej produktywny.  W takie dni jak dzisiaj – mam ochotę zahibernować…