Nie warto odkładać na potem

Od dłuższego czasu odwlekałam napisanie kilku „pseudorecenzji” (co to za recenzja skoro większość książek mi się podoba?  ;-) ) i chyba przesadziłam z odkładaniem tego na później. Nie martwiłam się rosnącą liczbą książek o statusie „przeczytane, ale jeszcze nie na blogu”, bo miałam specjalny zeszyt, w którym były bezpiecznie zanotowane wszystkie moje przemyślenia (pisane „na świeżo”), cytaty, które zwróciły moją uwagę, ogólna ocena każdej książki (zawsze mówiłam, że nie będę tego robić, ale jednak się postarałam i zaczęłam je porównywać między sobą) oraz miałam tam zapisaną ilość stron każdej przeczytanej, ewentualnie tyle ile dałam radę, kiedy któryś tytuł mi szedł.
Ktoś tu twierdzi, że na papierze bezpieczniej niż na dysku? Nic bardziej mylnego… Gdzieś ten magiczny zeszycik posiałam. W jednej chwili go miałam, a w drugiej już nie. Niemożliwe, żebym zostawiła go gdzieś poza domem, bo jestem pewna, że to w domu miałam go po raz ostatni. Przeszukałam wszystkie miejsca, w które zazwyczaj go chowam i…powiem Wam, że tym razem postarałam się bardziej niż zwykle z jego ułożeniem. Nie mam pojęcia, gdzie może być. „Chcesz coś zrobić dobrze? Zrób to sam!”. Obawiam się, że mogę go już nie znaleźć… Jeszcze się nie zniechęcam i ciągle szukam, ale z marnym skutkiem.

Też zdarza Wam się coś tak schować? Bo ja należę do osób, którym zdarza się to dość często… Tyle, że zazwyczaj znajduję po 2 minutach od zrobienia paniki…

Bądź odpowiedzialny za swoje słowa

Słowa, zarówno pisane jak i mówione otaczają nas każdego dnia, wpływają na nas, rozwijają, motywują, a czasem sprawiają ból. Chciałabym dziś napisać kilka słów na temat tych ostatnich. Dlaczego? Bo czasem są rzucane lekko i bez zastanowienia, a osoba, która je wypowiada kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie zraniła czyjeś uczucia. Pół biedy gdy trafi na kogoś , kto ma grubą skórę i nic sobie z tego nie robi (choć uważam, że takie osoby też mają takie momenty, kiedy coś w nich pęka i wszystko to uderza w nich ze wzmożoną siłą) , zdecydowanie gorzej gdy trafi na kogoś, kto non stop się przejmuje, bierze wszystko do siebie, nie rozumie niesprawiedliwości, bo przecież nie zrobił niczego złego, a jednak to na niego wypadło rozładowanie czyichś negatywnych emocji. 
Był taki czas, że wszystko brałam do siebie, ciągle czułam się spięta, ciągle się czymś przejmowałam, itd. Dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak mogłam wytrzymać w takim stresie. Przecież co ja poradzę na to, że ktoś ma zły dzień i palnął coś bez zastanowienia? Mnie też się to zdarza. Ba! Myślę, że zdarza się każdemu; tylko niektórzy kompletnie tego nie zauważają. Wyleczyłam się z tego zupełnie nie świadomie – zmieniając szkołę, zmieniłam otoczenie. Dostrzegłam, że pewność siebie to nie zawsze cecha, czasem to tylko poza, ale za to jaka skuteczna. Teraz przejmuję się tylko wtedy, gdy ktoś mnie źle zrozumie i to ja mogłam w jakiś sposób sprawić mu przykrość. Gdzieś w między czasie w moje chciwe łapki wpadła książka „Cztery umowy” (być może już kiedyś o niej wspominałam), pierwsza z tych umów, które ze sobą zawarłam po jej przeczytaniu brzmi „Szanuj swoje słowo” – nie rzucaj go na wiatr, by zawsze było coś warte; staraj się by było przemyślane, a nie wykrzyczane w emocjach, bo ma moc sprawczą, w dodatku może sprawić wiele bólu. 
Tak sobie myślę… Gdyby każdy zaczął myśleć o tym co mówi i jak dobiera słowa, to i tym przejmującym się, i tym nieprzejmującym się byłoby o wiele łatwiej…

Cudeńka na pierwsze urodziny

Sporo się działo przez ostatni rok. Sporo się działo tutaj. Prawdopodobnie mogłoby dziać się jeszcze więcej, ale i tak myślę, że mam powody do dumy – przy takim nakładzie czasu, jaki poświęciłam, udało mi się zdobyć stałych czytelników. Oczywiście mam nadzieję, że jeśli moje blogowanie wciąż będzie trwało (to jeden z niewielu moich blogów, które przetrwały tak długo  :-D ), to za rok będzie nas jeszcze więcej! 
Dość dużo wolnego czasu poświęcam blogosferze i zdecydowanie najwięcej się z niej uczę – przygotowując posty staram się, żeby były zrozumiałe i poprawne (raz się udaje mniej lub bardziej), staram się dołączać zdjęcia tam, gdzie to możliwe, ale „oszczędzam” przestrzeń dyskową na przyszłość, bo mimo wielu ograniczeń, bardzo lubię to miejsce i nie chcę nigdzie odchodzić  ;-) , każdy zostawiony komentarz daje mi motywację do dalszego pisania; sprawdzam każdy zostawiony przez Was link (zwłaszcza, że nie zdarzają się komentarze pełne spamu); Wasze posty często mnie inspirują, bawią lub są powodem długich przemyśleń. 
Dziękuję za to, że jesteście!

Na koniec jeszcze opowiem Wam u „Zakładkowym Candy” u Pani KoMody. Tak się ciekawie złożyło, że moje oryginalne zakładki dotarły w czas na urodziny bloga  :-D Po prawej stronie macie banerek, gdzie będziecie mogli dowiedzieć się więcej.

DSC02120Zakładki były usztywnione tekturką, najprawdopodobniej kogoś zainteresowała gruba koperta i dotarła do mnie porozdzierana, ale zawartość na szczęście nie ucierpiała!  :-D

Jak to było z tą podstawówką?

Czas na kolejny wpis o moich przemyśleniach dotyczących szkoły. Dzisiaj czas na moją podstawówkę, czyli czas przed taką poważniejszą zmianą podstawy programowej. Tak naprawdę to istotne zmiany zaszły w szkołach gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych (a o tym będzie innym razem).
Byłam wtedy zafascynowana zdobywaniem nowych umiejętności. Do dziś tego nie rozumiem, ale z własnej niczym nie przymuszonej woli siedziałam tam od samego rana do godziny 15 (lekcje kończyłam zazwyczaj ok. 13). Byłam na każdym możliwym kole zainteresowań. Nie zliczę tego, ile rzeczy robiłam, bo już nie pamiętam tego wszystkiego. W każdym razie to tam zaczęła się moja przygoda ze sceną. Pierwsze ambitne role Czerwonego Kapturka, Małgosi, krasnalami też się bywało. To czego nie zapomnę do końca życia – co roku na dzień wiosny przygotowywaliśmy przedstawienie. Co roku dostawałam rolę bociana i co roku musiałam mieć nowy strój – głównie chodzi o taką opaskę z długim czerwonym dziobem. Jak się domyślacie co roku ktoś musiał mi tę opaskę zrobić na nowo  ;-)
Jak na tamten czas to było niespotykane, że uczę się dwóch języków. Niemieckiego od pierwszej klasy, angielskiego od czwartej. Poziom niemieckiego był zdecydowanie wyższy; właśnie dlatego, że angielski miał być tylko zajęciami dodatkowymi, a u nas wyglądało to tak, że mieliśmy normalną lekcję, siedzieliśmy na niej całą klasą, ale były to podstawy.
Muszę podkreślić, że chodziłam do szkoły wiejskiej. Moja klasa – wtedy najliczniejsza, z resztą do teraz chyba nie udało się zebrać większej ilości uczniów – liczyła sobie 10 osób.
Wracając do języków – później okazało się, że nikt z mojego rocznika tak nie miał. Każda szkoła wybierała sobie jeden język, a na drugi (wtedy zazwyczaj angielski był dodatkowy) uczęszczali tylko chętni. Tymczasem my poza tymi obowiązkowymi godzinami mieliśmy jeszcze możliwość dodatkowych zajęć i tam tłumaczyliśmy piosenki, przygotowaliśmy przedstawienia – raz nawet zagrałam główną rolę w „Das kleine Mädchen mit den Schwefelhölzchen”. Nawet sobie nie wyobrażacie jak mi się język plątał na próbach, musiałam sprzedawać właśnie te „Schwefelhölzchen”  ;-) Jak na handlarkę przystało musiałam chodzić i powtarzać to słowo w kółko…
To w tej szkole zakochałam się w muzyce. Tak, chodziłam też na kółko instrumentalne… Na początku grałam na flażolecie (i niech mi nikt nie mówi, że to nie jest instrument!), potem na flecie prostym, czego już kompletnie nie pamiętam. Wiem, że jakimś cudem mam w domu dwa różne – jedne dostawaliśmy ze szkoły (barokowe angielskie jeśli się nie mylę), ale nie podobał mi się dźwięk, więc później miałam inny (chyba sopranowy…), ale i tak musiałam grać na tym pierwszym… Z jakiegoś powodu mam w domu dzwonki, takie bardzo stare, bardzo zniszczone (pewnie pamiętają wiele pokoleń) i już prawie nie wydające dźwięków. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt nie chciał, żebym je oddała.
Nie byłabym sobą, gdyby nie było dygresji – bardzo długo szukałam instrumentu dla siebie, raz nawet przytachałam ze sobą do domu akordeon znaleziony u dziadków. Dziadkowie byli zachwyceni – rodzice trochę mniej…  ;-)
Jakiś czas temu przypomniałam sobie, że tamta podstawa programowa obejmowała także naukę alfabetu migowego. Konkretnie przypomniałam sobie o tym, kiedy z koleżanką wymieniałyśmy wrażenia z warsztatów (ja byłam na tańcu, ona na migowym i pokazywała mi alfabet), olśniło mnie, że skądś to znam. Jestem wzrokowcem, wzrokowcy tak mają, że przypominają sobie różne grafiki – jestem pewna, że to podręcznik z podstawówki. Dziwne jest to, że znów to była jedna z niewielu szkół, w której faktycznie coś takiego robiliśmy. To było tylko kilka lekcji, bo mieliśmy umieć „wymigać” swoje imię.
Na koniec rzecz najważniejsza – poddasze budynku, małe pomieszczenie z poutykanymi półkami, charakterystyczny zapach. W mojej szkole praktykowano wymianę książek z większą biblioteką miejską, dlatego pomimo, że szkoła mała to w bibliotece zawsze było coś nowego i ciekawego. Chyba to trochę wpłynęło na mój dzisiejszy gust. Już w podstawówce sięgnęłam po literaturę młodzieżową, później czytałam już „normalne” książki i jakoś tak nigdy ta literatura młodzieżowa nie była mi bliska, wydaje mi się bardzo upraszczająca i naiwna… Znaczy zakochałam się w powieściach L.M. Montgomery i przeczytałam wszystkie części „Ani…” to było takie płynne przejście – powieści dla młodzieży – „Ania z Zielonego Wzgórza”, bohaterka dorasta, ma swoje problemy i już nie było dla mnie drogi powrotnej   :-)
Panie dbały o to, żeby zabierać nas nie tylko do kina, ale też do teatru muzycznego.

I wiecie co? Kiedy kończyłam szóstą klasę z wyróżnieniem, to słyszałam, że „Tutaj to mogłam mieć dobre oceny, ale wyżej już sobie nie poradzę, bo w każdym gimnazjum poziom jest o wiele za wysoki dla uczniów z tej szkoły. Teraz się skończą piątki, będą same dwóje i tróje”.

Znów się rozpisałam, a miałam zamiar poruszyć jeszcze jeden temat!
Pozdrawiam, życzę dobrej nocy i zostawiam Was z moimi wspomnieniami. Jeśli wiecie, jak to wygląda teraz (jakie są podobieństwa, jakie różnice) to piszcie, bo nie śledzę tego na bieżąco  ;-)
O ile się nie mylę to w klasach 1-3 nie ma ocen tylko litery (jak w Ameryce), my tam mieliśmy stare, dobre, poczciwe słoneczka… Uśmiechnięte, zachmurzone, same chmurki też były…

Kolejne niekoniecznie udane zakupy…

Nie przepadam za zakupami w internecie. Korzystam wtedy, kiedy różnica cenowa pomiędzy sklepem internetowym, a sklepem stacjonarnym jest zauważalna albo wtedy, gdy nie mogę nigdzie indziej znaleźć tego, czego szukam.  Niestety miałam już kilka takich przygód, które coraz bardziej odpychają mnie właśnie od tej formy zakupów. Właśnie mam jedną taką za sobą. Ja chyba po prostu mam nie kupować przez internet  ;-)

Kilka tygodni temu wybrałam prezent komunijny. Konkretnie walizkę podręczną – wiem, prezent nietypowy jak na Komunię, ale „mała” (raczej by jej się nie spodobało to określenie…) marzy o podróżach i przeżywa każde wakacje, na dodatek często gdzieś wyjeżdża. Znalazłam tą jedną jedyną idealną (dodam, że w moim imieniu zamawiał ktoś, bo nie mam konta akurat na tej stronie) i czekam…czekam…czekam… Po kilku dniach odbieram komórkę i słyszę, że „Niestety, ale nie ma już tego wzoru i czy mogłabym wybrać inny?”. Chodziło mi o wzór, inaczej kupiłabym na innej aukcji za kilkadziesiąt złotych mniej, ale pieniądze poszły, wielki dzień się zbliża, a ja jestem bez prezentu  8-O, więc „Tak, oczywiście”. Przejrzałam to, co było dostępne, dokonałam drugiego wyboru, wysłałam wiadomość, czekam…czekam…czekam… I byłoby pięknie gdyby to był koniec historii, ale nie. W czwartek miałam kolejny telefon. Okazało się, że tego drugiego wzoru też już nie ma. Zdenerwowana podesłałam link rodzicom, wybrali walizkę z flagą USA (tam chciałaby pojechać najbardziej ;-)  i ostatnio kupuje wszystko z tym motywem), z okropnym przeczuciem, że paczka nie zdąży przyjść (po drodze był weekend majowy), wysłałam kolejnego maila z wiadomością, który wzór bym chciała. Majówka się skończyła. W kolejny czwartek dostałam telefon, że paczka dotarła, muszę ją odebrać od osoby, która ją dla mnie zamówiła. No to jedziemy! Kawka, herbatka, gadu-gadu, wreszcie stwierdziłyśmy, że czas otworzyć. Paczka otwarta i co? I widzę kropki, czyli drugi wybrany wzór, którego podobno nie było… Nie wiem, jakim cudem się to wszystko nie rozleciało kurierowi, bo było tak zapakowane… W jakieś zupełnie przypadkowe połówki kartonów posklejane taśmą. Na dodatek sama walizka była jedynie w folii i oczywiście nie obyło się bez rysy (chociaż nie wiem, czy to była rysa, bo tylko ja ją widziałam – to chyba z nerwów na to wszystko…). Musiałam to jakoś przełknąć, bo zostałabym bez niczego. Jestem strasznie rozczarowana, ale zwyczajnie już nie miałam czasu jej odsyłać.

Dodam tylko, że przed zapakowaniem prezentu dodałam coś od siebie – na walizce pojawiło się imię jej nowej właścicielki, które przyozdobiłam różnego rodzaju świecidełkami (ona wprost uwielbia błyskotki) i prezent jej się bardzo podobał, ale co się nadenerwowałam to moje… 

Dobrej nocy!  :-o

Prezent