Muzyka i lawenda

Witajcie!  ;-) Miałam lekkie problemy z prądem i internetem przez te burze i wichury. Ale na szczęście w okolicy nie stało się nic poważnego…

W ubiegłym tygodniu uzależniłam się od piosenki „100″:



mogłam słuchać jej non stop. Z resztą podoba mi się większość utworów Sound’n'Grace. Są bardzo pozytywne, energiczne i odznaczają się na tle innych – moim zdaniem większość nowych produkcji jest robiona na jedno kopyto  :-( 

Już kiedyś wspominałam, że uwielbiam różne zapachy. Mam sporo świeczek zapachowych, ale ostatnio żadna nie chce się u mnie wypalić; każda gaśnie po chwili, dlatego postanowiłam kupić kadzidełka. Niestety moi domownicy kompletnie nie tolerują takich zapachów  :-| szkoda…
20170814_114109

A co nowego u Was?  ;-)

Jak to było z tą podstawówką?

Czas na kolejny wpis o moich przemyśleniach dotyczących szkoły. Dzisiaj czas na moją podstawówkę, czyli czas przed taką poważniejszą zmianą podstawy programowej. Tak naprawdę to istotne zmiany zaszły w szkołach gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych (a o tym będzie innym razem).
Byłam wtedy zafascynowana zdobywaniem nowych umiejętności. Do dziś tego nie rozumiem, ale z własnej niczym nie przymuszonej woli siedziałam tam od samego rana do godziny 15 (lekcje kończyłam zazwyczaj ok. 13). Byłam na każdym możliwym kole zainteresowań. Nie zliczę tego, ile rzeczy robiłam, bo już nie pamiętam tego wszystkiego. W każdym razie to tam zaczęła się moja przygoda ze sceną. Pierwsze ambitne role Czerwonego Kapturka, Małgosi, krasnalami też się bywało. To czego nie zapomnę do końca życia – co roku na dzień wiosny przygotowywaliśmy przedstawienie. Co roku dostawałam rolę bociana i co roku musiałam mieć nowy strój – głównie chodzi o taką opaskę z długim czerwonym dziobem. Jak się domyślacie co roku ktoś musiał mi tę opaskę zrobić na nowo  ;-)
Jak na tamten czas to było niespotykane, że uczę się dwóch języków. Niemieckiego od pierwszej klasy, angielskiego od czwartej. Poziom niemieckiego był zdecydowanie wyższy; właśnie dlatego, że angielski miał być tylko zajęciami dodatkowymi, a u nas wyglądało to tak, że mieliśmy normalną lekcję, siedzieliśmy na niej całą klasą, ale były to podstawy.
Muszę podkreślić, że chodziłam do szkoły wiejskiej. Moja klasa – wtedy najliczniejsza, z resztą do teraz chyba nie udało się zebrać większej ilości uczniów – liczyła sobie 10 osób.
Wracając do języków – później okazało się, że nikt z mojego rocznika tak nie miał. Każda szkoła wybierała sobie jeden język, a na drugi (wtedy zazwyczaj angielski był dodatkowy) uczęszczali tylko chętni. Tymczasem my poza tymi obowiązkowymi godzinami mieliśmy jeszcze możliwość dodatkowych zajęć i tam tłumaczyliśmy piosenki, przygotowaliśmy przedstawienia – raz nawet zagrałam główną rolę w „Das kleine Mädchen mit den Schwefelhölzchen”. Nawet sobie nie wyobrażacie jak mi się język plątał na próbach, musiałam sprzedawać właśnie te „Schwefelhölzchen”  ;-) Jak na handlarkę przystało musiałam chodzić i powtarzać to słowo w kółko…
To w tej szkole zakochałam się w muzyce. Tak, chodziłam też na kółko instrumentalne… Na początku grałam na flażolecie (i niech mi nikt nie mówi, że to nie jest instrument!), potem na flecie prostym, czego już kompletnie nie pamiętam. Wiem, że jakimś cudem mam w domu dwa różne – jedne dostawaliśmy ze szkoły (barokowe angielskie jeśli się nie mylę), ale nie podobał mi się dźwięk, więc później miałam inny (chyba sopranowy…), ale i tak musiałam grać na tym pierwszym… Z jakiegoś powodu mam w domu dzwonki, takie bardzo stare, bardzo zniszczone (pewnie pamiętają wiele pokoleń) i już prawie nie wydające dźwięków. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt nie chciał, żebym je oddała.
Nie byłabym sobą, gdyby nie było dygresji – bardzo długo szukałam instrumentu dla siebie, raz nawet przytachałam ze sobą do domu akordeon znaleziony u dziadków. Dziadkowie byli zachwyceni – rodzice trochę mniej…  ;-)
Jakiś czas temu przypomniałam sobie, że tamta podstawa programowa obejmowała także naukę alfabetu migowego. Konkretnie przypomniałam sobie o tym, kiedy z koleżanką wymieniałyśmy wrażenia z warsztatów (ja byłam na tańcu, ona na migowym i pokazywała mi alfabet), olśniło mnie, że skądś to znam. Jestem wzrokowcem, wzrokowcy tak mają, że przypominają sobie różne grafiki – jestem pewna, że to podręcznik z podstawówki. Dziwne jest to, że znów to była jedna z niewielu szkół, w której faktycznie coś takiego robiliśmy. To było tylko kilka lekcji, bo mieliśmy umieć „wymigać” swoje imię.
Na koniec rzecz najważniejsza – poddasze budynku, małe pomieszczenie z poutykanymi półkami, charakterystyczny zapach. W mojej szkole praktykowano wymianę książek z większą biblioteką miejską, dlatego pomimo, że szkoła mała to w bibliotece zawsze było coś nowego i ciekawego. Chyba to trochę wpłynęło na mój dzisiejszy gust. Już w podstawówce sięgnęłam po literaturę młodzieżową, później czytałam już „normalne” książki i jakoś tak nigdy ta literatura młodzieżowa nie była mi bliska, wydaje mi się bardzo upraszczająca i naiwna… Znaczy zakochałam się w powieściach L.M. Montgomery i przeczytałam wszystkie części „Ani…” to było takie płynne przejście – powieści dla młodzieży – „Ania z Zielonego Wzgórza”, bohaterka dorasta, ma swoje problemy i już nie było dla mnie drogi powrotnej   :-)
Panie dbały o to, żeby zabierać nas nie tylko do kina, ale też do teatru muzycznego.

I wiecie co? Kiedy kończyłam szóstą klasę z wyróżnieniem, to słyszałam, że „Tutaj to mogłam mieć dobre oceny, ale wyżej już sobie nie poradzę, bo w każdym gimnazjum poziom jest o wiele za wysoki dla uczniów z tej szkoły. Teraz się skończą piątki, będą same dwóje i tróje”.

Znów się rozpisałam, a miałam zamiar poruszyć jeszcze jeden temat!
Pozdrawiam, życzę dobrej nocy i zostawiam Was z moimi wspomnieniami. Jeśli wiecie, jak to wygląda teraz (jakie są podobieństwa, jakie różnice) to piszcie, bo nie śledzę tego na bieżąco  ;-)
O ile się nie mylę to w klasach 1-3 nie ma ocen tylko litery (jak w Ameryce), my tam mieliśmy stare, dobre, poczciwe słoneczka… Uśmiechnięte, zachmurzone, same chmurki też były…

Kwiecień w skrócie

Strasznie bałam się tego dnia, w którym będę musiała tak nazwać post… Powiedzcie mi, kiedy minęły te cztery miesiące 2017 roku? Bo ja nie mam pojęcia, zupełnie jakby przeciekły mi przez palce i nie zostawiły po sobie żadnego śladu. No może jeden ślad… W postaci świadectwa ukończenia technikum. Jeden, ale za to dość ważny. Co tu dużo mówić? W ogóle ostatnie lata minęły mi tak szybko, że prawie tego nie dostrzegłam. Ale dziś nie o tym!  :-D
Już się przyzwyczaiłam do tego, że co miesiąc piszę o tym, jak to mało udało mi się napisać. Może po prostu mam gorszy czas, który będzie trzeba przeczekać, zanim wena wróci?  ;-) W każdym razie nie będę się tym martwić (i tak zapisuję sobie wszystko, o czym chcę napisać, żeby nic mi nie umknęło i staram się o tych ważnych rzeczach wspomnieć choćby jednym zdaniem).

Co działo się na blogu w tym miesiącu?  ;-)

Wysłałam zdjęcie na konkurs fotograficzny (link do bloga organizatorki tego konkursu – klik), udało mi się wygrać paczkę pełną obłędnie pachnących kosmetyków. A zdjęcie było moją odpowiedzią na hasło „Szczęście”.
"Po prostu muzyka"
Jeśli chodzi o muzykę to jest cała masa piosenek, które za mną „chodziły” w kwietniu. Też macie tak, że jak już jakaś się uczepi to prześladuje Was na każdym kroku w dzień i w nocy?  ;-) Aż łezka mi się w oku kręci:


Najlepszy film jaki obejrzałam w tym miesiącu to hiszpańska wersja „Wybacz, ale będę Ci mówiła Skarbie”. Poza tym jestem z siebie dumna – w kwietniu obejrzałam pierwsze filmy po hiszpańsku  :-P Nadal nie umiem nic powiedzieć, ale przynajmniej coś rozumiem – jest nadzieja! 


Za to film, który najbardziej mnie zmęczył to „Dlaczego on”. Może to przez to, że zupełnie nie miałam humoru w dniu, kiedy go oglądałam? Sama nie wiem… Mógłby być naprawdę śmieszny, ale jakoś tak…Wydał mi się po prostu głupi. Oglądaliście? Może macie inne zdanie? Tak jak pisałam, miałam straszny dzień i te żarty zupełnie mnie przygniotły, zamiast podnieść na duchu  :-|


Jestem na siebie zła o to, że znów przez cały miesiąc nie napisałam o żadnej książce! Paradoksalnie ostatnio czytam więcej niż kiedykolwiek od czasu założenia bloga  :cry: Zastanawiam się czy nie zrobić takiego zbiorowego postu, żeby nie mieć w tym temacie tyle zaległości, jeszcze trochę i nie będę pamiętała, co o której chciałam napisać. A jest o czym pisać, bo od lutego chyba nie pojawił się żaden wpis o książkach…
Za to trafiłam na kolejne funfiction, jak to z moim szczęściem – niedokończone, zapomniane po drugim rozdziale. W każdym razie, jeśli znacie „Upiora w operze” to przeczytanie tych dwóch krótkich rozdziałów na pewno Wam nie zaszkodzi  ;-)„Sztuka zapomnienia”.

Pozdrawiam!  :-D
~Leseratte

„Imagine all the people living life in peace”

Jak Wam mija majówka? Ja z całych sił staram się nie pamiętać o tym, że jeszcze w tym tygodniu zaczynam matury i staram się zupełnie wyprzeć wszystkie związane z nimi myśli  ;-) Wpadłam dosłownie na chwilę, żeby podzielić się z Wami linkiem i piosenką, która ostatnio nie daje mi spokoju! 



Dla mnie każda jej wersja jest świetna. To chyba zasługa samego utworu  ;-)

„Ciało obce”

Happysad

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, że bardzo lubię zespół Happysad, to najprawdopodobniej nie zagląda tu zbyt często, bo pisałam o tym już wiele razy  ;-) Niedawno do mojej kolekcji dołączyła ich najnowsza płyta – „Ciało obce”. Sama nie wiem, czy zrobiłam dobrze, że ją kupiłam. Zdecydowanie najbardziej odpowiada mi ten „stary” Happysad, bo to od tamtych piosenek wszystko się zaczęło; cała moja miłość.
Poprzednia płyta „Jakby nie było jutra” była dość mocno krytykowana. Ja nie miałam z nią żadnego problemu; przesłuchałam parę razy i stwierdziłam, że to przecież wciąż jest ta muzyka, którą tak lubię! To nie było do końca to, co znałam, ale chyba po cichu liczyłam, że to taki „eksperyment”. Może dlatego ten krążek mnie zawiódł… Liczyłam, że nadszedł czas na „powrót do początków”, trochę się przeliczyłam. Mam wrażenie, że coraz bardziej uciekają od tej muzyki, którą tworzyli kiedyś  :-|
Wiem, że rozwój artystów zawsze jest ciężki dla fanów, bo są przyzwyczajeni do czegoś zupełnie innego. Jak dla mnie ta płyta jest trochę ciężka. Jeszcze nie udało mi się jej przesłuchać w całości, bo mnie to męczy. Tylko dwa lub trzy kawałki przypominają mi tą muzykę, do której tęsknię.  Tak czy siak zawsze będę śledzić co się dzieje z zespołem i co nowego wydają. Mam do nich ogromny sentyment. Sporo się u mnie działo, kiedy w moich słuchawkach wybrzmiewały tylko ich piosenki.

Macie ochotę na melodię, od której się nie uwolnicie?   :-D


Czas na tradycyjne pytanie do Was!  Czy też macie takie zespoły, z którymi Wasze drogi się rozeszły? Na pewno! A ja jestem ciekawa jacy to byli artyści  ;-)