Miasto miłości

„Dwa rody, zacne jednako i sławne —
Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie,
Do nowej zbrodni pchają złości dawne,
Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie”

Wreszcie przygotowałam dla Was ostatnią partię zdjęć, które zrobiłam w czasie moich wakacji. Tym razem (jak się pewnie domyślacie) nadszedł czas na Weronę. 
Do utworu Shakespeare’a podchodzę z ogromnym sentymentem. Po rozczarowaniu jakim była dla mnie Wenecja, bałam się tego, co zobaczę w Weronie. To na zobaczeniu tych dwóch miast najbardziej mi zależało. 
Rozczarowanie, czy nie?
Mogę powiedzieć, że odrobinę rozczarowały mnie główne miejsca Werony, ale za to nadbiła tymi, o których wcześniej nie myślałam. 

Takim plusem na pewno było zobaczenie Werońskiego koloseum, przy którym akurat ustawiano jakieś scenografie (stąd ta głowa  ;-) ). I przede wszystkim piękny park obok niego. 
20170603_095825Wiedziałam, że balkon Julii będzie oblegany. Zwłaszcza, że godzina była typowo turystyczna… I ani trochę się nie myliłam. Zarówno po pomniku, jak i po samym balkonie spodziewałam się czegoś więcej. Ale z drugiej strony to najpierw był czyiś dom, a dopiero potem zrobiono z tego miejsca atrakcję turystyczną…
20170603_102011Największym rozczarowaniem było przejście do „domu Romea”… Pani przewodnik sporo nam o nim opowiadała, bardzo podobał mi się spacer śladami dramatu, ale dopiero dwa kroki stamtąd dowiedzieliśmy się, że właściwie to i tak go nie zobaczymy, bo wciąż jest w rękach prywatnych i nie jest dostępny dla turystów (nigdy wcześniej nie słyszałam o tym, żeby była taka „atrakcja turystyczna”, więc byłam dość zaskoczona, ale skoro już pani przewodnik spowodowała, że chcieliśmy go zobaczyć, to mogła nas o tym wcześniej uprzedzić  :-P – tylko dlatego, to było rozczarowanie…

Za to zaskoczeniem jeszcze większym od koloseum był pomnik Dantego! 
Pamiętacie, jak pisałam, że mnie prześladuje? To chyba prawda… Najwyraźniej muszę skończyć z przekładaniem czytania „Boskiej komedii”, może wtedy uwolnię się od Klątwy Alighieriego. 
20170603_103648
Mieliście okazję zobaczyć Weronę? Jakie miasto, które zwiedzaliście było dla Was największą niespodzianką, a które największym rozczarowaniem? 

Miłego weekendu!  ;-)

Pierwszy Book Haul na blogu.

Witajcie! Ostatnio mam trochę zabiegany czas… Tak sobie żyję od matury do matury  ;-) i raczej staram się coś jeszcze przypomnieć, powtórzyć itd., ale postaram się ze wszystkich sił ogarnąć i pisać częściej. W zeszłym tygodniu też był taki plan, ale wyszło jak zawsze…

Właśnie sobie uświadomiłam, jak wiele nowych książek pojawiło się na moich półkach (właściwie to nie na półkach, bo już się tam nie mieszczą…). Staram się czytać w takiej kolejności w jakiej je kupiłam, czyli od „najstarszej” do „najnowszej”, więc te pewnie będą musiały poczekać parę lat… Miałam takie postanowienie, żeby nie kupować za dużo i naprawdę nie kupiłam. Z całej tej kolekcji tylko jedna była takim prawdziwym zakupem, reszta to nagrody albo efekt gwiazdkowych kart prezentowych – i tak musiałam za to kupić książki; jeszcze mi zostało na jakieś dwa tytuły… W sumie na kartach uzbierałam prawie 200zł, a i tak za jedną kupiłam płytę i nie wszystko poszło na książki…

Book Haul1. „Ekspozycja” Remigiusz Mróz – tą książkę wypatrzyłam na kiermaszu książek w pewnym markecie i to właśnie jest ta jedna, którą kupiłam. Nie mogłam się powstrzymać kupieniu czegoś autorstwa „mistrza Mroza”, o którym jest tak głośno. Miałam jeszcze na oku „Tylko martwi nie kłamią” Bondy, ale ktoś mi ją zgarnął  :-|

2. „Ich schenk’ dir eine Geschichte. Neue Reisegeschichten” – jeśli się nie mylę jest to jedno z wielu opowiadań wydanych w ramach akcji czytelniczej na światowy dzień książki. Właściwie tę też kupiłam, ale dałam za nią mniej niż za paczkę chipsów. Zdarza mi się kupować książki w językach obcych w second handach i to jest jedna z nich.

3. „Ja, Blanka” Ewa Barańska – tą książkę dostałam za występ na festiwalu w jednej ze szkół podstawowych w mojej okolicy. Książka może nie do końca dla mnie, dlatego wylądowała u mojej siostry.

4. „Szkoła, balet, całus przez komórkę” Sissi Flegel – to samo co wyżej  ;-)

5. „Egzamin z tajemnicy” Iga Karst – książka dla siostry, zapłacona kartą podarunkową.

6. „Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk – jeszcze pachnie księgarnią, bo wybrałam ją wczoraj, można ją zaliczyć do prezentów gwiazdkowych, bo też „zapłaciłam” kartą podarunkową.

7. „Noc Kupały” Katarzyna Berenika Miszczuk – to samo co wyżej. Kontynuacja „Szeptuchy”. Strasznie mnie kuszą te okładki…

8 i 9 „Pamiętniki Wampirów” L. J. Smith – Pierwszą część kupiłam już dawno na wakacjach (jeszcze jej nie przeczytałam), podobno seria jest całkiem wciągająca. W dodatku to wydanie z jakichś powodów zawsze jest na przecenie. Tak samo jak za poprzednie zapłaciłam kartą.

10. „Mądrzej, szybciej, lepiej. Sekret efektywności” Charles Duhigg – tę dostałam na zakończeniu roku szkolnego z wpisem „Powodzenia na maturze”. No zobaczymy…

11. „Zamiast suplementów” – tak jak poprzednią dostałam na zakończeniu za zaangażowanie w szkole i za to, że byłam w składzie pocztu sztandarowego. Bardzo mi się podoba graficznie i są w niej przepisy na same smakowitości, pewnie nie raz po nią sięgnę, żeby coś wypróbować.

12. „Hiszpański w tłumaczeniach” – również dostałam ją na zakończeniu roku szkolnego. Już wcześniej widziałam tę książkę; uważam, że jest bardzo ciekawie przygotowana i że naprawdę dobrze będzie mi się z niej korzystać.

Znacie którąś z nich?  ;-)

Jak to było z tą podstawówką?

Czas na kolejny wpis o moich przemyśleniach dotyczących szkoły. Dzisiaj czas na moją podstawówkę, czyli czas przed taką poważniejszą zmianą podstawy programowej. Tak naprawdę to istotne zmiany zaszły w szkołach gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych (a o tym będzie innym razem).
Byłam wtedy zafascynowana zdobywaniem nowych umiejętności. Do dziś tego nie rozumiem, ale z własnej niczym nie przymuszonej woli siedziałam tam od samego rana do godziny 15 (lekcje kończyłam zazwyczaj ok. 13). Byłam na każdym możliwym kole zainteresowań. Nie zliczę tego, ile rzeczy robiłam, bo już nie pamiętam tego wszystkiego. W każdym razie to tam zaczęła się moja przygoda ze sceną. Pierwsze ambitne role Czerwonego Kapturka, Małgosi, krasnalami też się bywało. To czego nie zapomnę do końca życia – co roku na dzień wiosny przygotowywaliśmy przedstawienie. Co roku dostawałam rolę bociana i co roku musiałam mieć nowy strój – głównie chodzi o taką opaskę z długim czerwonym dziobem. Jak się domyślacie co roku ktoś musiał mi tę opaskę zrobić na nowo  ;-)
Jak na tamten czas to było niespotykane, że uczę się dwóch języków. Niemieckiego od pierwszej klasy, angielskiego od czwartej. Poziom niemieckiego był zdecydowanie wyższy; właśnie dlatego, że angielski miał być tylko zajęciami dodatkowymi, a u nas wyglądało to tak, że mieliśmy normalną lekcję, siedzieliśmy na niej całą klasą, ale były to podstawy.
Muszę podkreślić, że chodziłam do szkoły wiejskiej. Moja klasa – wtedy najliczniejsza, z resztą do teraz chyba nie udało się zebrać większej ilości uczniów – liczyła sobie 10 osób.
Wracając do języków – później okazało się, że nikt z mojego rocznika tak nie miał. Każda szkoła wybierała sobie jeden język, a na drugi (wtedy zazwyczaj angielski był dodatkowy) uczęszczali tylko chętni. Tymczasem my poza tymi obowiązkowymi godzinami mieliśmy jeszcze możliwość dodatkowych zajęć i tam tłumaczyliśmy piosenki, przygotowaliśmy przedstawienia – raz nawet zagrałam główną rolę w „Das kleine Mädchen mit den Schwefelhölzchen”. Nawet sobie nie wyobrażacie jak mi się język plątał na próbach, musiałam sprzedawać właśnie te „Schwefelhölzchen”  ;-) Jak na handlarkę przystało musiałam chodzić i powtarzać to słowo w kółko…
To w tej szkole zakochałam się w muzyce. Tak, chodziłam też na kółko instrumentalne… Na początku grałam na flażolecie (i niech mi nikt nie mówi, że to nie jest instrument!), potem na flecie prostym, czego już kompletnie nie pamiętam. Wiem, że jakimś cudem mam w domu dwa różne – jedne dostawaliśmy ze szkoły (barokowe angielskie jeśli się nie mylę), ale nie podobał mi się dźwięk, więc później miałam inny (chyba sopranowy…), ale i tak musiałam grać na tym pierwszym… Z jakiegoś powodu mam w domu dzwonki, takie bardzo stare, bardzo zniszczone (pewnie pamiętają wiele pokoleń) i już prawie nie wydające dźwięków. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt nie chciał, żebym je oddała.
Nie byłabym sobą, gdyby nie było dygresji – bardzo długo szukałam instrumentu dla siebie, raz nawet przytachałam ze sobą do domu akordeon znaleziony u dziadków. Dziadkowie byli zachwyceni – rodzice trochę mniej…  ;-)
Jakiś czas temu przypomniałam sobie, że tamta podstawa programowa obejmowała także naukę alfabetu migowego. Konkretnie przypomniałam sobie o tym, kiedy z koleżanką wymieniałyśmy wrażenia z warsztatów (ja byłam na tańcu, ona na migowym i pokazywała mi alfabet), olśniło mnie, że skądś to znam. Jestem wzrokowcem, wzrokowcy tak mają, że przypominają sobie różne grafiki – jestem pewna, że to podręcznik z podstawówki. Dziwne jest to, że znów to była jedna z niewielu szkół, w której faktycznie coś takiego robiliśmy. To było tylko kilka lekcji, bo mieliśmy umieć „wymigać” swoje imię.
Na koniec rzecz najważniejsza – poddasze budynku, małe pomieszczenie z poutykanymi półkami, charakterystyczny zapach. W mojej szkole praktykowano wymianę książek z większą biblioteką miejską, dlatego pomimo, że szkoła mała to w bibliotece zawsze było coś nowego i ciekawego. Chyba to trochę wpłynęło na mój dzisiejszy gust. Już w podstawówce sięgnęłam po literaturę młodzieżową, później czytałam już „normalne” książki i jakoś tak nigdy ta literatura młodzieżowa nie była mi bliska, wydaje mi się bardzo upraszczająca i naiwna… Znaczy zakochałam się w powieściach L.M. Montgomery i przeczytałam wszystkie części „Ani…” to było takie płynne przejście – powieści dla młodzieży – „Ania z Zielonego Wzgórza”, bohaterka dorasta, ma swoje problemy i już nie było dla mnie drogi powrotnej   :-)
Panie dbały o to, żeby zabierać nas nie tylko do kina, ale też do teatru muzycznego.

I wiecie co? Kiedy kończyłam szóstą klasę z wyróżnieniem, to słyszałam, że „Tutaj to mogłam mieć dobre oceny, ale wyżej już sobie nie poradzę, bo w każdym gimnazjum poziom jest o wiele za wysoki dla uczniów z tej szkoły. Teraz się skończą piątki, będą same dwóje i tróje”.

Znów się rozpisałam, a miałam zamiar poruszyć jeszcze jeden temat!
Pozdrawiam, życzę dobrej nocy i zostawiam Was z moimi wspomnieniami. Jeśli wiecie, jak to wygląda teraz (jakie są podobieństwa, jakie różnice) to piszcie, bo nie śledzę tego na bieżąco  ;-)
O ile się nie mylę to w klasach 1-3 nie ma ocen tylko litery (jak w Ameryce), my tam mieliśmy stare, dobre, poczciwe słoneczka… Uśmiechnięte, zachmurzone, same chmurki też były…

„Ciało obce”

Happysad

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, że bardzo lubię zespół Happysad, to najprawdopodobniej nie zagląda tu zbyt często, bo pisałam o tym już wiele razy  ;-) Niedawno do mojej kolekcji dołączyła ich najnowsza płyta – „Ciało obce”. Sama nie wiem, czy zrobiłam dobrze, że ją kupiłam. Zdecydowanie najbardziej odpowiada mi ten „stary” Happysad, bo to od tamtych piosenek wszystko się zaczęło; cała moja miłość.
Poprzednia płyta „Jakby nie było jutra” była dość mocno krytykowana. Ja nie miałam z nią żadnego problemu; przesłuchałam parę razy i stwierdziłam, że to przecież wciąż jest ta muzyka, którą tak lubię! To nie było do końca to, co znałam, ale chyba po cichu liczyłam, że to taki „eksperyment”. Może dlatego ten krążek mnie zawiódł… Liczyłam, że nadszedł czas na „powrót do początków”, trochę się przeliczyłam. Mam wrażenie, że coraz bardziej uciekają od tej muzyki, którą tworzyli kiedyś  :-|
Wiem, że rozwój artystów zawsze jest ciężki dla fanów, bo są przyzwyczajeni do czegoś zupełnie innego. Jak dla mnie ta płyta jest trochę ciężka. Jeszcze nie udało mi się jej przesłuchać w całości, bo mnie to męczy. Tylko dwa lub trzy kawałki przypominają mi tą muzykę, do której tęsknię.  Tak czy siak zawsze będę śledzić co się dzieje z zespołem i co nowego wydają. Mam do nich ogromny sentyment. Sporo się u mnie działo, kiedy w moich słuchawkach wybrzmiewały tylko ich piosenki.

Macie ochotę na melodię, od której się nie uwolnicie?   :-D


Czas na tradycyjne pytanie do Was!  Czy też macie takie zespoły, z którymi Wasze drogi się rozeszły? Na pewno! A ja jestem ciekawa jacy to byli artyści  ;-)

Marzec w skrócie

Przyszedł czas na podsumowanie kolejnego miesiąca. O ile luty „blogowo” był słaby, tak marzec jest pod tym względem jeszcze gorszy. To dziwne, bo działo się u mnie więcej niż przez poprzednie dwa miesiące razem wzięte! 
 
Może zacznę od tego, że wreszcie mam jakieś konkretne plany na przyszłe miesiące. Teraz muszę się tylko zabrać za to, żeby wszystko się udało (choćby w części  ;-) ). Chyba wreszcie znalazłam coś dla siebie i jestem zdecydowana co do kierunku studiów. Długo się nad tym zastanawiałam, ale wydaje mi się, że to będzie dobry wybór. Można powiedzieć, że mam na ten temat informacje „z pierwszej ręki”. Nie będę mówić nic więcej, bo nie chciałabym zapeszyć…
Z racji tego, że kończę szkołę i już nie będę mogła regularnie chodzić na próby, prawdopodobnie zakończyła się moja przygoda z „aktorstwem”. Szkoda, bo to zawsze sprawiało mi radość, ale z drugiej strony – może to czas na coś nowego? Nie ulega wątpliwości, że będę wracać, kiedy tylko czas pozwoli. Nigdy też nie zapomnę tego, czego się nauczyłam. Nigdy nie zapomnę wrażeń ze sceny teatru, jednak zawsze będę wspominać przedstawienia w tych trudnych warunkach, gdzie nie sprzyjało zupełnie nic: oświetlenie, akustyka, nagłośnienie, czasem nawet sama scena…
Podjęłam się kilku wyzwań. Część z nich mi się udała, część z nich kontynuuję, a część będę musiała zacząć jeszcze raz, kiedy wróci motywacja. O tym na pewno jeszcze będę pisać.
Po raz pierwszy włączyłam sobie filmy po hiszpańsku i jestem pozytywnie zaskoczona tym, ile udało mi się zrozumieć. Żałuję, że straciłam tyle czasu, bo gdybym naprawdę się tym zajęła to na pewno potrafiłabym nie tylko zrozumieć, ale też zbudować choć parę zdań. Wszystko dopiero przede mną.
Na blogu nie pojawiło się nic na temat książek… Nie było wzmianki o żadnym tytule; tymczasem mniej więcej od połowy lutego czytam bardzo dużo i jestem ciekawa, jak długo to jeszcze potrwa i kiedy przyjdzie czas na przerwę. Ciekawe książki okazały się świetnym „lekarstwem” na moją chorobę lokomocyjną. Nudnej lektury w autobusie nadal nie jestem w stanie zdzierżyć. 
Wreszcie znalazłam odpowiednie cztery kółka i zaczęłam tak naprawdę uczyć się jazdy samochodem. Wierzyć mi się nie chce, że za chwilę miną już 3 miesiące odkąd mam prawo jazdy…
Ahhh… Zapomniałabym. Moje radio samochodowe dosłownie połknęło tę płytę, którą Wam niedawno pokazywałam. Ani nie odtwarza tego nieszczęsnego krążka, ani nie chce mi go oddać. Na razie to byłoby na tyle przygody z „This is acting”  :cry:

Staram się być na bieżąco z Waszymi blogami. Muszę sobie wyrobić jakieś regularne nawyki  :-P