Czy naprawdę było aż tak źle?

Opowiadałam Wam już kiedyś o mojej podstawówce, przyszedł czas na gimnazjum. Uważam, że budynek i jego nazwa nie wpływają na zachowanie przebywających w nim osób, ale nie chcę wnikać w całą tę wojnę, która się teraz toczy. 
Te 3 lata sporo mi dały, zdecydowanie wpłynęły na to, kim jestem dzisiaj. Przede wszystkim rozwijałam dalej swoje pasję – jeśli chodzi o grę na gitarze, to jestem samoukiem, a moją pierwszą gitarę dostałam jeszcze w podstawówce, ale w gimnazjum przez prawie dwa lata chodziłam na zajęcia, podczas których pani od muzyki dawała mi rady i materiały do ćwiczeń.
Gdybym miała podsumować ten czas jednym słowem, byłaby to „zmiana”. Zmiana otoczenia dodała mi odrobinę pewności siebie, miałam za sobą nowe doświadczenie i poznałam wielu nowych ludzi, co było dla mnie bardzo ważne. Zazwyczaj stawia się gimnazja w nie najlepszym świetle. Może trafiłam na jakiś wyjątkowy czas? Albo na wyjątkową grupę? Byliśmy bardzo różni, mieliśmy rozmaite zainteresowania, obracaliśmy się w zupełnie innym towarzystwie, a mimo to każdy z każdym potrafił zamienić słowo, każdy był równy, wymienialiśmy się nie tylko dobrym słowem, ale też spostrzeżeniami. W tym czasie „wyleczyłam się” z wielu kompleksów, bo byłam akceptowana taka, jaka byłam. Dopiero po tych trzech latach coś się zaczęło psuć i ten czas był gorszy, trochę kontaktów się posypało, ale to była kwestia ostatnich dwóch miesięcy… 
Zaczęłam zwracać uwagę na to, jaką osoba jestem. Zobaczyłam, że na tym polu mam trochę do zrobienia. Czy jestem lepszą osobą niż wtedy? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Wydaje mi się, że tak. 
Poza tym to był czas tych pierwszych zauroczeń i tej pierwszej miłości trwalszej niż kilka tygodni. Tej, która trwa do dzisiaj.
I wiecie co? Tę szkołę też skończyłam z wyróżnieniem. A mój najsłabszy wynik z egzaminów to i tak było ponad 70% (z przyrody  :-D), więc chyba jednak nie było aż takiej różnicy, jaką zapowiadali mi życzliwi prorocy, twierdzący, że sobie nie poradzę…

Maj w skrócie

Wreszcie znów tutaj jestem. Wróciłam tydzień temu, zaczęłam przyzwyczajać się do rzeczywistości, a teraz w planach pojawił mi się kolejny wyjazd i (oczywiście) myślę o tym, żeby rzucić się w wir „dorosłego” życia. 18 lat skończyłam już dość dawno, ale tak naprawdę dopiero teraz, po skończeniu szkoły średniej, trzeba będzie wziąć się w garść  :-D Póki co jestem na takim etapie, że jest to dla mnie wzywanie, którego już się nie mogę doczekać… Swoją drogą, ciekawe jak długo utrzymam taki stan rzeczy. Póki co przede mną jeszcze egzaminy zawodowe – musicie trzymać kciuki, bo przede mną egzamin z tej trudniejszej kwalifikacji.

W maju na blogu pojawiło się 7 postów, pod którymi pojawiło się ponad 100 nowych komentarzy, a liczba odwiedzin bloga wzrosła o 500  :-P
Mam za sobą matury. Ustne zdałam bez większych problemów, mam przeczucie, że pisemne też poszły całkiem dobrze – ale więcej na ten temat jeszcze się pojawi; miało być o tym przed moim wyjazdem, mam tutaj jeszcze trochę zaległości.

Strasznie się stęskniłam!

Bądź odpowiedzialny za swoje słowa

Słowa, zarówno pisane jak i mówione otaczają nas każdego dnia, wpływają na nas, rozwijają, motywują, a czasem sprawiają ból. Chciałabym dziś napisać kilka słów na temat tych ostatnich. Dlaczego? Bo czasem są rzucane lekko i bez zastanowienia, a osoba, która je wypowiada kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie zraniła czyjeś uczucia. Pół biedy gdy trafi na kogoś , kto ma grubą skórę i nic sobie z tego nie robi (choć uważam, że takie osoby też mają takie momenty, kiedy coś w nich pęka i wszystko to uderza w nich ze wzmożoną siłą) , zdecydowanie gorzej gdy trafi na kogoś, kto non stop się przejmuje, bierze wszystko do siebie, nie rozumie niesprawiedliwości, bo przecież nie zrobił niczego złego, a jednak to na niego wypadło rozładowanie czyichś negatywnych emocji. 
Był taki czas, że wszystko brałam do siebie, ciągle czułam się spięta, ciągle się czymś przejmowałam, itd. Dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak mogłam wytrzymać w takim stresie. Przecież co ja poradzę na to, że ktoś ma zły dzień i palnął coś bez zastanowienia? Mnie też się to zdarza. Ba! Myślę, że zdarza się każdemu; tylko niektórzy kompletnie tego nie zauważają. Wyleczyłam się z tego zupełnie nie świadomie – zmieniając szkołę, zmieniłam otoczenie. Dostrzegłam, że pewność siebie to nie zawsze cecha, czasem to tylko poza, ale za to jaka skuteczna. Teraz przejmuję się tylko wtedy, gdy ktoś mnie źle zrozumie i to ja mogłam w jakiś sposób sprawić mu przykrość. Gdzieś w między czasie w moje chciwe łapki wpadła książka „Cztery umowy” (być może już kiedyś o niej wspominałam), pierwsza z tych umów, które ze sobą zawarłam po jej przeczytaniu brzmi „Szanuj swoje słowo” – nie rzucaj go na wiatr, by zawsze było coś warte; staraj się by było przemyślane, a nie wykrzyczane w emocjach, bo ma moc sprawczą, w dodatku może sprawić wiele bólu. 
Tak sobie myślę… Gdyby każdy zaczął myśleć o tym co mówi i jak dobiera słowa, to i tym przejmującym się, i tym nieprzejmującym się byłoby o wiele łatwiej…

Kolejne niekoniecznie udane zakupy…

Nie przepadam za zakupami w internecie. Korzystam wtedy, kiedy różnica cenowa pomiędzy sklepem internetowym, a sklepem stacjonarnym jest zauważalna albo wtedy, gdy nie mogę nigdzie indziej znaleźć tego, czego szukam.  Niestety miałam już kilka takich przygód, które coraz bardziej odpychają mnie właśnie od tej formy zakupów. Właśnie mam jedną taką za sobą. Ja chyba po prostu mam nie kupować przez internet  ;-)

Kilka tygodni temu wybrałam prezent komunijny. Konkretnie walizkę podręczną – wiem, prezent nietypowy jak na Komunię, ale „mała” (raczej by jej się nie spodobało to określenie…) marzy o podróżach i przeżywa każde wakacje, na dodatek często gdzieś wyjeżdża. Znalazłam tą jedną jedyną idealną (dodam, że w moim imieniu zamawiał ktoś, bo nie mam konta akurat na tej stronie) i czekam…czekam…czekam… Po kilku dniach odbieram komórkę i słyszę, że „Niestety, ale nie ma już tego wzoru i czy mogłabym wybrać inny?”. Chodziło mi o wzór, inaczej kupiłabym na innej aukcji za kilkadziesiąt złotych mniej, ale pieniądze poszły, wielki dzień się zbliża, a ja jestem bez prezentu  8-O, więc „Tak, oczywiście”. Przejrzałam to, co było dostępne, dokonałam drugiego wyboru, wysłałam wiadomość, czekam…czekam…czekam… I byłoby pięknie gdyby to był koniec historii, ale nie. W czwartek miałam kolejny telefon. Okazało się, że tego drugiego wzoru też już nie ma. Zdenerwowana podesłałam link rodzicom, wybrali walizkę z flagą USA (tam chciałaby pojechać najbardziej ;-)  i ostatnio kupuje wszystko z tym motywem), z okropnym przeczuciem, że paczka nie zdąży przyjść (po drodze był weekend majowy), wysłałam kolejnego maila z wiadomością, który wzór bym chciała. Majówka się skończyła. W kolejny czwartek dostałam telefon, że paczka dotarła, muszę ją odebrać od osoby, która ją dla mnie zamówiła. No to jedziemy! Kawka, herbatka, gadu-gadu, wreszcie stwierdziłyśmy, że czas otworzyć. Paczka otwarta i co? I widzę kropki, czyli drugi wybrany wzór, którego podobno nie było… Nie wiem, jakim cudem się to wszystko nie rozleciało kurierowi, bo było tak zapakowane… W jakieś zupełnie przypadkowe połówki kartonów posklejane taśmą. Na dodatek sama walizka była jedynie w folii i oczywiście nie obyło się bez rysy (chociaż nie wiem, czy to była rysa, bo tylko ja ją widziałam – to chyba z nerwów na to wszystko…). Musiałam to jakoś przełknąć, bo zostałabym bez niczego. Jestem strasznie rozczarowana, ale zwyczajnie już nie miałam czasu jej odsyłać.

Dodam tylko, że przed zapakowaniem prezentu dodałam coś od siebie – na walizce pojawiło się imię jej nowej właścicielki, które przyozdobiłam różnego rodzaju świecidełkami (ona wprost uwielbia błyskotki) i prezent jej się bardzo podobał, ale co się nadenerwowałam to moje… 

Dobrej nocy!  :-o

Prezent

O marnowaniu dzieciństwa…

O systemie edukacji zawsze jest co powiedzieć; każdy ma inne zdanie, na dodatek dopatrujemy się różnic, kierujemy się tym, co wypaliło w innych krajach, itd. Już od jakiegoś czasu chciałam co nieco na ten temat napisać, ale nie wiedziałam jak ten temat ugryźć i chyba wreszcie znalazłam sposób!  ;-) - Chcę Wam po prostu opowiedzieć, jak to wygląda z mojej perspektywy.

Zacznę od tego, że już od wielu lat cała edukacja jest przewracana to w jedną, to w drugą stronę i ciągle coś jest nie tak. Każdy chce lepiej, zazwyczaj wychodzi gorzej; ale tak to już w życiu bywa, prawda? Problem tkwi w tym, że tutaj (według mnie) nie ma miejsca na eksperymenty. Nie można pozwolić na to, żeby jakieś pokolenie miało poważne braki, bo akurat wdrażali nową podstawę programową, a coś takiego dzieje się…bo ja wiem, co 4 lata? Może co 5. Jestem młodą osóbką, ale sporo takich rewolucji już doświadczyłam.

Może zacznę od samych początków. Byłam strasznie uparta, chciałam iść do szkoły, bo moi koledzy byli rok lub dwa lata starsi i nudziłoby mi się bez ich towarzystwa. Jako pięciolatek dumnie wkroczyłam do „zerówki”. Początkowy plan był taki, żebym była tam przez dwa lata i zrównała się z moim rocznikiem. Jak na uparciucha przystało oświadczyłam rodzicom, że ja nigdzie nie zostaję i że to wstyd „kiblować” na samym początku. Przeżyłam coś, czego dzisiaj dzieciaki już raczej nie doświadczą (na szczęście). Mianowicie – nie wystarczył mój upór (kto by się spodziewał…), zgoda rodziców, zgoda wychowawczyni niestety też nie i musiałam przejść testy psychologiczne. Do końca życia będę pamiętać ten koszmar  ;-) Wyobraźcie sobie pięciolatka, który ma wysiedzieć +/- dwie godziny pod ostrzałem pytań tak banalnych, że zaczyna się zastanawiać, czy czasem nie robią sobie z niego żartów. Mało tego. Ten pięciolatek wychodzi i dowiaduje się, że ma przed sobą jeszcze co najmniej pół godziny czekania, bo teraz muszą porozmawiać z rodzicami  :roll:
Denerwuje mnie, gdy ktoś mówi, że sześciolatki są za małe na pierwszą klasę. Uściślają są to ataki na moich rodziców, bo „zniszczyli mi dzieciństwo”. Ale dlaczego? Bo dali mi szansę, żebym się rozwijała? Wydaje mi się, że to był dla mnie odpowiedni czas, żeby pójść do szkoły. W dodatku przez dwa lata musiałabym pracować na tych samych podręcznikach; robiłabym te zadania z ogromnym znudzeniem.
Moja młodsza siostra zaczynała szkołę akurat wtedy, kiedy pojawiła się nowa podstawa programowa (ta która uszczupliła odrobinę materiału) i w momencie, kiedy poszła do pierwszej klasy, wydawnictwa wykazały się ogromnym lenistwem i zamiast opracować coś nowego przerzuciły te same zadania i czytanki z książki do zerówki do książki obowiązującej w pierwszej klasie. Jeśli ktoś poszedł do zerówki i był tam dwa lata (jak to czasem się zdarza w małych szkołach) to przez trzy lata robił wciąż to samo. Dobra zachęta, prawda?
Każdy z nas ma zupełnie inne predyspozycje i ja zdaję sobie z tego sprawę. Może zamiast coś narzucać i obrzucać się obelgami rodzice powinni przyjrzeć się swojemu dziecku i zobaczyć, czy czasem nie tłamszą go zbyt łatwe lub zbyt trudne zadania? Wiem jaka jestem, wiem jaka byłam i uważam, że gdyby moi rodzice posłuchali tych wszystkich dobrych doradców to dopiero wtedy byłaby to w pewnym sensie krzywda dla mnie. Jestem dumna z tego, że podjęli taką decyzję mimo tych kpiących głosów mądrości. Z resztą nie po to poświęcali mi czas, rozwijali moją ciekawość do świata i odpowiadali na miliony pytań,  żeby podciąć mi skrzydła na samym starcie.

Właśnie sobie uświadomiłam, że mam do napisania tyle, że jeden post na to nie wystarczy i będzie musiało być tego dużo, dużo więcej. To są moje przemyślenia związane z samymi początkami. Coś czuję, że o ile Was ten temat zainteresuje to będą to tasiemce…