„Bezpieczna przystań”

Ciągle czekam na upalne dni, ciągle aura mnie nie rozpieszcza, ale za to dziś będzie o książce – takiej w sam raz na to, by wygodnie rozłożyć się na słoneczku. Mam naprawdę dużą tolerancję na słowo pisane i zazwyczaj rodzaj czytanej literatury nie ma wielkiego znaczenia. Wyjątkiem są wakacje. Wakacyjny wyjazd? Tylko i wyłącznie z czymś lekkim i przyjemnym. 

DSC01915

Tytuł: „Safe haven”
Autor: Nicholas Sparks
Ilość stron: 415
Moja ocena: 8/10

To była druga czytana przeze mnie książka Sparksa (w ostatnim czasie jego książki kilka razy wpadły w moje chciwe łapki, więc na pewno jeszcze coś się na ten temat pojawi  :-P ), pierwszą była „Najdłuższa podróż”. Wydaje mi się, że „Bezpieczna przystań” jest lepsza od tamtej. Napisałam, że na wakacje wybieram lekkie tytuły, od razu zaznaczam, że miałam na myśli styl pisania. Książka porusza wiele trudnych tematów.
Główna bohaterka ukrywa się przed swoim mężem, uzależnionym od alkoholu, znęcającym się nad nią. Erin kradnie tożsamość zmarłej córki sąsiadów, wyjeżdża do małego miasteczka Southport i zaczyna nowe życie. 
Jej mąż Kevin nie radzi sobie z ucieczką żony; w swoim mniemaniu nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa się za dobrego, przykładnego męża, który spełniał wszystkie zachcianki niewdzięcznej żony. Udaje, że Erin wciąż jest w domu; nie chce, by znajomi dowidzieli się o jej odejściu.
Poznajemy też bohaterów mieszkających w Southport. Alex – wdowiec, samotnie wychowuje dwójkę dzieci. Robi wszystko co może, by jego dzieci nie odczuły braku matki. Erin chce wszystko robić sama, chce być niezależna, ale ostatecznie przyjmuje pomoc Alexa. 
Ważną postacią w książce jest także sąsiadka Erin – Jo, wspiera ją i staje się jej powierniczką, bratnią duszą. To ona cały czas stara się zwrócić myśli Erin w stronę Alexa. 

Nie zdradzę Wam, jak toczą się losy bohaterów. Części pewnie możecie się domyślić, ale na pewno nie spodziewacie się zakończenia! Mogę Wam to zagwarantować. Mnie bardzo wzruszyło… 

Dla porównania obejrzałam film, który powstał na podstawie książki. Muszę powiedzieć, że jest całkiem dobry. Co prawda kilka wątków zostało przemilczanych, kilka wymagało ciekawego rozwiązania i wydaje mi się, że reżyser stanął na wysokości zadania  :-)



Czytaliście? Oglądaliście? A może i jedno i drugie? 

Piekło?

Inferno
Dość długo zwlekałam z napisaniem choć kilku słów o tej książce. Skończyłam ją na początku stycznia i jak do tej pory wspomniałam Wam tylko o tym, że po raz kolejny kończyłam i zaczynałam rok książką z przewijającym się motywem „Boskiej komedii”. Zazwyczaj bardzo się staram nie robić spoilerów, ale tym razem raczej będzie ciężko. Postaram się ograniczyć je do minimum  ;-) i nie zdradzać fabuły. Powiem tylko co o tym myślę, co mi się podobało, a co nie (chyba zawsze tak robię…lubię sobie pomarudzić).

Tym razem Langdon budzi się w szpitalu i nie pamięta jak się tam znalazł, ani dlaczego jest tak daleko od domu, ani też nie ma pojęcia dlaczego, ktoś chce go zabić. Ma ze sobą jedynie tajemniczy pojemnik oznakowany jako radioaktywny.
Muszę przyznać, że taki początek bardzo mi się spodobał, bo zarówno w „Kodzie…” jak i w „Aniołach…” Langdon był odrywany od swoich zajęć, musiał rzucić wszystko i przybywać z pomocą. Z resztą to nie jest jedyny taki przypadek w całej książce. Przyznam się – nabrałam przekonania, że jestem w stanie przewidzieć rozwój wydarzeń; pomyliłam się. Tym razem wszystko było pomieszane. W zależności od tego, jaki fragment czytamy, zupełnie inaczej odbieramy bohaterów. Nie wiemy kto jest dobry, kto nie (to akurat normalne…). W momencie, kiedy już miałam swoje typy, została rozwiązana zagadka związana z osobami ścigającymi Roberta. Kompletnie mnie to zdezorientowało, bo nie wszystko mi pasowało; z resztą nadal nie jestem przekonana. To akurat jest coś co mi się nie podobało  :-| Trochę się zawiodłam, bo było absurdalne i trochę bez ładu i składu (to tylko moje odczucia; jeśli uważacie, że jest inaczej – koniecznie dajcie mi znać jak to widzicie!  ;-) ). W przypadku „Aniołów…” czułam się wyprowadzona w pole. Tym razem poczułam się oszukana przez autora  :-D Jeśli czytaliście, na pewno wiecie, jaki fragment mam na myśli.
Dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej:
Tym razem książka skupia się na problemie przeludnienia. Szanowany naukowiec próbuje temu zapobiec, proponuje mało etyczne „rozwiązania” problemu i staje się wrogiem numer 1 przewodniczącej Światowej Organizacji Zdrowia. Przez długi czas pracuje w odosobnieniu, tworząc tajemniczego wirusa, zostawia bardzo niepokojące nagranie i popełnia samobójstwo. Do odnalezienia miejsca, w którym najprawdopodobniej umieścił swojego wirusa potrzebna jest pośmiertna maska Dantego, dalekie podróże, niezawodna znajomość historii, niesamowita sprawność fizyczna i oczywiście Robert Langdon. Wszystko wskazuje na to, że światu zagraża epidemia dżumy, zbliża się data widoczna na wspomnianym wcześniej filmie.
Jaką rolę odegra tutaj geniusz w postaci Sienny Brooks? Czy data na tabliczce to naprawdę data rozprzestrzenienia wirusa i czym on tak naprawdę jest? Czy i tym razem uda się zapobiec katastrofie?
Swoją drogą nie lubię takich zakończeń… Lubię happy endy, smutno mi kiedy nie ma happy endu, a takich zakończeń jak to po prostu nie lubię.

Mam dylemat: co jeszcze Wam zdradzić, żeby nie powiedzieć za dużo  :-D ale to chyba wszystko… Wiele rzeczy na plus, kilka na minus. Książka mi się podobała, ale nie będzie to mój ulubiony tytuł tego autora.
Wiecie jak kochają mnie zbiegi okoliczności, zgadnijcie: jaką lekturę szkolną czytałam zaraz po „Inferno”? Tak… To była „Dżuma”.

Miłego niedzielnego popołudnia!  :-D

Coś na zimowe wieczory

Witajcie!  :-D
W czasie przerwy świątecznej kompletnie się przestawiłam na nocny tryb, jakoś się trzymałam, aż do dzisiaj… Zaraz po powrocie ze szkoły zmorzył mnie sen i odpłynęłam.
Po raz pierwszy w tym roku opowiem Wam o jakiejś książce! To już drugi tytuł Browna, na który się zdecydowałam. Pierwszy był oczywiście „Kod Leonarda da Vinci” – tak, nadal nie rozumiem hałasu wokół tamtej książki. Była dobra, nie znalazłam w niej nic nieodpowiedniego, czy kontrowersyjnego. Jeśli chodzi o „Anioły i demony” muszę powiedzieć, że skradły moje serducho; przy czym jest to swego rodzaju hate love. Już Wam mówię dlaczego…
Podobają mi się dzieła sztuki, które są ołtarzami nauki i wytyczają legendarną Ścieżkę Oświecenia. W twórczości Browna bardzo podoba mi się proces dedukcji bohaterów, wszystkie szczegóły, które ich naprowadzają na rozwiązanie.

Myślę, że jeśli zacznę pisać o fabule, to stworzę jeden długi spoiler, bo nie będę potrafiła przestać pisać, więc…
Jak dla mnie książka jest o tym, czy można jakoś połączyć ze sobą głęboką wiarę i rozwój nauki; o tym, czy mogą one współistnieć, nie przeszkadzając sobie. Myślę, że na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam, bo tam gdzie w grę wchodzą poglądy, tam będzie wiele odpowiedzi. Według mnie mogą się uzupełniać. Oczywiście lubię też głównego bohatera, jak tu nie lubić Roberta Langdona?  ;-) ale pojawił się tutaj jeszcze jeden bohater, którego bardzo polubiłam za jego rzeczowość, opanowanie i twarde stąpanie po ziemi.
Co mi się nie podobało? Zauważyłam, że autor nie był tak odważny jak w „Kodzie…”. Nie mam pojęcia, czy jest to zamierzony efekt, czy wyszło tak przypadkiem. Dla  nie bardzo widoczne było to, że delikatniej obchodzi się ze słowem. Co jeszcze? Znów wyprowadził mnie w pole! Przeszło mi przez myśl, kto może być winny całemu zamieszania, ale „Nie… To przecież niemożliwe”. Jednak możliwe  :-| Tym samym zrobił z tego bohatera, które tak szczerze polubiłam, fanatyka i szaleńca  :cry:

Nie będę  ukrywać, że to jedna z lepszych jakie czytałam w ostatnim czasie. Z czystym sumieniem mogę ją Wam polecić na zimowe wieczory, których niestety jeszcze nam trochę zostało…

Anioły i demony
Czytaliście? Oglądaliście film? Co myślicie?  ;-)
Macie jakieś plany na długi weekend?

„Dziecko Noego” Eric-Emmanuel Schmitt

Już jakiś czas nie pojawiało się nic o książkach… Dodam, że do końca roku miałam zamiar przeczytać co najmniej 3 z mojej biblioteczki domowej, a nie przeczytałam żadnej  :-| Może chociaż trochę uda mi się podratować ten stan w czasie przerwy świątecznej. A teraz… Do rzeczy!  :-P

"Dziecko Noego"

Tradycyjnie zacznę od tego, dlaczego wybrałam właśnie tę książkę. Miałam trochę wolnego czasu, a ta wydawała się idealna, nie zbyt odstraszająca objętością, taka w sam raz. Kompletnie zignorowałam opis, który znajduje się na okładce (po co go czytać, skoro ma się w perspektywie całą lekturę? ;-) ), byłam zdziwiona, nadal prześladuje mnie tematyka wojenna. Tak wiem, miałam zrobić o tym osobny wpis, gdzie podsumuję, porównam itd., ale z tą książką nie mogłam i nie chciałam czekać.
Główny bohater to chłopiec z żydowskiej rodziny, którego ukrywa katolicki ksiądz. W ogóle ojciec Pons jest dość ciekawą postacią… z sekretami… i w sierocińcu ma całą grupkę ukrywanych przed Niemcami dzieci. Jospeh (bo tak ma na imię bohater, opowiadający historię) i jego przyjaciel Rudi bardzo chcieli poznać tajemnicę swojego opiekuna i nawet naruszyli zasady, żeby osiągnąć swój cel. Jednak „sukces” odniósł tylko Joseph, który był takim szczególnie lubianym dzieckiem, rozumnym, pojętnym. Ojciec Pons pokazał mu swoje królestwo: w tajemnicy stworzył replikę synagogi i przetrzymał tam wszystkie przedmioty związane z judaizmem. Kolekcja Ponsa jest jedną z kluczowych spraw w tej książce; Noe ostrzeżony przed potopem zebrał po parze z każdego gatunku zwierząt, też stworzył kolekcję.  Poza tym właśnie dzięki niej nasi bohaterowie zawierają swego rodzaju układ: chłopiec czyta Nowy Testament, a Pons uczy go rysować hebrajskie znaki, opowiada o Jego religii.
W Żółtej Willi nie brakuje jednak ciężkich sytuacji. Co zrobić z chłopcami, kiedy ich rówieśnicy będą przyjmowali I Komunię Świętą? Co kiedy w czasie poszukiwań złodzieja niemiecki żołnierz zastanie kąpiących się podopiecznych Ponsa? Dlaczego uważam, że Psiakrew w gruncie rzeczy jest bardzo dobra? I dlaczego Josephowi wydawało się, że widział ojca? Czy jeszcze będzie mu dane spotkać rodziców? Chyba będę musiała Was zostawić z tymi pytaniami… Mam wrażenie, że i tak za dużo zdradziłam.

Czasem w bardzo obszernych książkach dzieje się bardzo niewiele. Raczej nie można tego powiedzieć o tym tytule. To zaledwie 130 stron, w dodatku czcionka jest naprawdę spora, a mogłabym opowiadać bez końca. Po przeczytaniu zorientowałam się, że skądś znam autora. „Zapasy z życiem” – jeszcze cieńsza książka, a tyle samo treści. „Oskar i pani Róża”…
Może jeszcze zdecyduję się zrobić część drugą, która będzie oczywistym spoilerem, może nie. Na pewno jeszcze wrócę do was z tym tytułem, bo mam pewien pomysł, ale to jeszcze nie teraz  ;-)

„Kolonie Knellera” Etgar Keret

Po raz pierwszy sięgnęłam po tytuł tego autora. W ogóle raczej rzadko wybieram opowiadania. Tym razem szukałam czegoś krótkiego, ciekawego. Najważniejszym kryterium było wyrobić się w jeden dzień szkolny  :-D Mam wrażenie, że niewiele jest opowiadań w mojej szkolnej bibliotece. Może dlatego, że nie przywiązuję do nich zbyt wielkiej uwagi. Dobra… Nie będę się oszukiwać, różowa okładka spowodowała, że musiałam zobaczyć co to!  :-P Krótki opis, który przeczytałam mnie zaintrygował.

Sposób pisania Kereta przypadł mi do gustu. Bardzo łatwy, prosty, przystępny dla każdego. Chociaż podejrzewam, że w większej części podoba się moim rówieśnikom. Główne opowiadanie, czyli właśnie „Kolonie Knellera” opowiadają o wizji czyśćca. Główny bohater popełnia samobójstwo i…okazuje się, że to nie koniec. Jest miejsce, do którego trafiają wszyscy kończący z ziemskim życiem. Okazuje się, że to wcale nie taki dobry krok, bo jest tam dość nudno…
Jednak moim ulubionym opowiadaniem z tego zbioru jest „Nimrod daje popalić”. Jest po prostu świetne. Trzech przyjaciół dostaje na zmianę różnych napadów szaleństwa. Podejrzewają, że ma to związek z Nimrodem, starym kompanem, który odebrał sobie życie. Nie pozwala im o sobie zapomnieć, dlatego regularnie miesza ich zmysły!  :-D Każdy z nich ma inne objawy, każdy z nich jest na swój sposób szalony, nawet bez pomocy Nimroda  :-P

Na koniec podrzucę wam link do filmu, który powstał na podstawie „Kolonii Knellera” – klik. Oglądaliście „Tamten świat samobójców”? Właściwie mam mieszane uczucia. Oglądać, czy nie oglądać? Może kogoś namówię… Rzadko oglądam filmy, bo nie lubię oglądać sama  ;-)

Tak wiem… To miał być koniec, ale… W książce (dokładniej w „Koloniach…”) pojawia się dość znana postać Kurta Cobaina, więc na końcu zwyczajnie musi pojawić się ta piosenka:

Miłego dnia!